Ukryta siła pielgrzymek

glebocki_0.jpg
Jednym z gatunków literackich są reportaże. Robione są one z miejsca zdarzenia lub wędrówki. Autorzy rejestrują w nich wydarzenia zwyczajne lub nadzwyczajne w formie tekstu, fotografii lub filmu. Dzięki nim ludzie dowiadują się o sprawach dziejących się daleko lub w miejscach niedostępnych i mogą poczuć się ich współuczestnikami.

Nadzwyczajnym wydarzeniem w życiu ludzkim są od wieków pielgrzymki religijne, przy czym dla Polaków szczególnie ważne są pielgrzymki do sanktuarium Matki Boskiej w Częstochowie. Znajduje się ono na wzgórzu nazywanym Jasna Góra, więc dominuje nad miastem. Na skrzyżowaniach kolei warszawsko-wiedeńskiej z szosami dróżnicy obserwują takie pielgrzymki. Wbrew pozorom, z takiego punktu obserwacyjnego można zobaczyć i dowiedzieć się sporo, ponieważ pielgrzymi rozsiadają się w takich miejscach i opowiadają dróżnikom o swoich przeżyciach w drodze do Jasnej Góry i z powrotem. Dróżnik widzi zmęczone twarze pątników i solidarne zachowania, kiedy odpoczywają i piją wodę z pobliskiej studni. Dowiaduje się od nich o wydarzeniach, które przeżyli. O dalszym przebiegu pielgrzymki usłyszy, kiedy pielgrzymi ponownie rozłożą się na odpoczynek przy jego budce w drodze powrotnej

Może wtedy skonfrontować to, co usłyszał z opisami reporterskimi. Nasz dróżnik miał okazję zapoznania się z reportażem Władysława Reymonta z takiej pielgrzymki z Warszawy, ponieważ jego relacja została opublikowana. Pozwoliło mu to porównać opis Reymonta ze swoimi spostrzeżeniami. Dzięki nowym technikom przekazu informacji wnuk dróżnika może obejrzeć reportaże fotograficzne i filmowe z takich pielgrzymek. Szczególnie ciekawy jest reportaż fotograficzny Karola Grabowskiego o pielgrzymce do Sanktuarium Najświętszej Marii Panny w sierpniu 1981 r., ponieważ wpisuje się on w emocje „gorącego” roku „karnawału” „Solidarności”. Jest on prezentowany publicznie od roku na płocie żyrardowskiego parku Dittricha i w Warszawie. Być może uda się go zamieścić na łamach „Myśli Polskiej”.

Tu omówię zawartość reportażu literackiego z roku 1894 „Pielgrzymka do Jasnej Góry” pióra Władysława Reymonta. Opracował go na zlecenie redaktora „Prawdy” A.Świętochowskiego. Żeby go sporządzić, towarzyszył warszawskiej pielgrzymce, którą zorganizowano dla uczczenia setnej rocznicy powstania kościuszkowskiego. Sposób ujęcia reportażu był formą realizacji pisarskiego credo Reymonta, które brzmiało: „Życie powinno się przedstawiać takim, jakim jest, a nie jakim być powinno”.

Początkowo pisarz był zewnętrznym, inteligenckim, osobnym obserwatorem zachowania pątników. Tak opisał początek pielgrzymki: „Jedni podśpiewywali. Inni gawędzili z cicha. Słyszę najrozmaitsze szczegóły o gospodarstwie, wsiach, cenach zboża. Na wszystkie strony krzyżują się zapytania: skąd brat? Skąd siostra?” (W. Reymont, „Dzieła wybrane”, t. II, Warszawa 1956). Wszystkich pielgrzymów obowiązywała równość ewangeliczna, przekazana przez tradycję chrześcijańską. W toku pielgrzymki z wolna zanikała różnica między „moim” a „twoim”, co ujawniało się odrzucaniem zapłaty za przekazaną żywność.

W toku pokonywania kolejnych kilometrów i etapów trasy oraz doznawania cierpień, stopniowo przekształcał się Reymont w pielgrzyma, który był „świętym bratem i siostrą” dla innych i dostępował spożywania chleba i herbaty współtowarzyszy świętej wędrówki. To pozwoliło mu opisać fenomen kształtowania się jaźni zbiorowej objętej religijną ekstazą. Obserwował przebieg metamorfozy pielgrzymów z ludzi nieznajomych, opowiadających sobie grube dowcipy, w osoby dzielące się chlebem i wodą, w żarliwych śpiewaków pieśni religijnych, w cząstki jednego organizmu społecznego.
Pod wpływem udziału we wspólnocie sakralnej, Reymont przechodził psychiczną metamorfozę.

O swoich emocjach i zachowaniu napisał: „Sypiam pod tym dobrym słońcem, jadam, co jest, jeśli jest, idę jak wszyscy. Żądają czegoś, daję – jeśli mam. Nie jem i nie piję nic więcej nad chleb i herbatę. A nie mam tego, to nie idę już szukać po chałupach, bo wiem, że ta siostra, co obok, ten brat, co przede mną i ci wszyscy dokoła, których przyjazne spojrzenia często odczuwam, a „bracia” pospieszą mi z kromkę, w imię braterstwa ... Gdy będę chory, to mnie wsadzą na wóz i powiozą. Umrę, to mi na jakim przydrożnym cmentarzu usypią mogiłę”.

Pielgrzymka miała swoich organizatorów i liderów spośród ludzi prostych, którzy gwarowym językiem zagrzewali pątników do marszu oraz podtrzymywali upadających na duchu, gromili krnąbrnych i walczyli z rozpustą. Poddawane przez nich pieśni, skracały uciążliwość wędrówki, a wieczorem, na postojach czytali pielgrzymom przypowieści Jezusa. Dzięki temu wędrowcy „mijali lasy, przechodzili wsie, łany zbóż, strumienie, i parli, jak jaka rozpętana żywiołowa siła, pędząca do tego punktu przyciągania”, czyli do Sanktuarium.

Im było bliżej do Jasnej Góry, tym bardziej ujawniało się samozaparcie i żar religijny pielgrzymów zdążających do wytyczonego celu podróży. Im bliżej do sanktuarium, tym „pieśni śpiewano żarliwiej i liczniej. Pod każdym krzyżem czołgano się w prochu, całowano nie tylko krzyż, ale i sztachetki kamienne. Oczy były coraz więcej płonące gorączką. Nie było już szlachty, chłopów, mieszczan, kobiet ani mężczyzn. (…) Na odpoczynek walili się na ziemię, jak kloce drzewa, ale na odgłos dzwonka stali gotowi, szli i zaczynali śpiewać”.

Stan taki trwał do momentu zobaczenia wież klasztoru na Jasnej Górze. Kiedy zaś „słońce podniosło się i odsłoniło wieżycę, słowo Mario! Buchnęło jak płomień z tysięcy piersi i tysiące ciał runęły na ziemię z krzykiem radości. Wszyscy się trzęśli w łkaniu, co serca rozsadzało. Pątnicy wpadli w trans religijny, toteż tam płacz tak się podnosił, że przechodził w jęk. Popowstawali i wszystkie i wszystkie twarze rozsłoneczniły się nagle, spotężniały w wyrazie. I buchnął śpiew do Matki Boskiej”.

W komentarzu do reportażu Reymonta socjolog Ludwik Krzywicki stwierdza, że sensu pielgrzymek nie rozumie warszawska inteligencja, która sądzi, że zjadła wszystkie rozumy. Z pogardą patrzy ona na ekstatyczne zachowania pątników. Na ich zarzut, że zwykli ludzie nie mędrkują w spawach wiary, a po prostu wierzą w Boga i pomoc Matki Boskiej. Krzywicki krytykuje ją w słowach: „To wy w nic nie wierzycie, ani w ludzi, ani w ducha, ani w materię. Oślepiliście się sami i krzyczycie, że nic nie ma, bo sami nie wierzycie”. („Studia socjologiczne”, Warszawa 1924, s. 155).

Piotr Zaborny
Z cyklu: "Z budki dróżnika" (4)
Myśl Polska, nr 13-14 (25-31.03.2018)

Dzial: