Stefan Kisielewski o Marcu 68

stefan_kisielewski.jpg
Ciągle mi siedzi w głowie listopadowy [1970] numer paryskiej „Kultury". Jest tam ogromny artykuł Kamili Chylińskiej, dawnej wydry dziennikarskiej z „Życia Warszawy" (ma ona jednak trochę przyzwoitości i nieco się za swój dawny stalinizm kaja — nie to co [Leopold] Unger) artykuł będący podsumowaniem ankiety, przeprowadzonej przez tężę Chylińską wśród „pochodzeniowych" emigrantów po Marcu 1968.

Muszę powiedzieć, że przy czytaniu szlag człowieka może trafić, gdy na przykład jakiś facet stwierdza, że Marzec 1968 i ,,to był dla niego największy wstrząs, jaki przeżył w Polsce Ludowej, wstrząs, dzięki któremu przejrzał na oczy. Największy wstrząs! A więc nie pogrom w Kielcach, nie rozstrzeliwanie i więzienie akowców, nie procesy generałów, nie mianowanie Rokossowskiego marszałkiem Polski, nie uwięzienie Gomułki, a potem Wyszyńskiego, nie wypadki poznańskie 1956, lecz właśnie akurat tylko Marzec 1968. Bo wtedy akurat oni dostali w dupę.

Spora to przesada w demonstrowaniu swego skrajnego egocentryzmu, no a już ogromna przesada ze strony Księcia, że od dwóch lat drukuje z Polski niemal wyłącznie materiały tyczące się tej sprawy. Rozumiem, że kwestia odrodzenia się antysemityzmu w Polsce jest sprawą specjalnie bolesną i złożoną, prowokacja moczarowska sprawiła, że krzyżują się tutaj pewne istotne wektory polityczne (prowokacja moczarowska, a z drugiej strony państwo Izrael i sytuacja na Bliskim Wschodzie).

Rozumiem też niezwykły symbolizm losu grupy Żydów, którzy pozwolili kiedyś dać się zaprząc do najgorszych stalinowskich działań (prokuratura, sądownictwo, cenzura, UB), po latach zaczęli się łamać przed powszechną nienawiścią społeczeństwa, czując jednocześnie, że perfidna Rosja też cofa im poparcie, próbowali liberalizować, dzieci im się zbuntowały, chciały okupić „grzechy ojców" – dalszy ciąg znamy.

To wielki temat dla pisarza. Może go może jeszcze podejmę, ale przecież nie jest to temat w powojennej historii Polski jedyny. Tymczasem właśnie ci ludzie wypuszczeni przez Gomułkę wyjechali na Zachód, ci ludzie umieją pisać i oni to właśnie wypełniają łamy „Kultury" „smoncesem", jak mówi Henio. Jest to spaczenie perspektyw społecznych, toć wiele tu innych grup i środowisk dostało w dupę (choćby dawni Mazurzy, co, szykanowani, powyjeżdżali do NRF), tyle że nie mają swoich bardów. W dodatku problem powojennych Żydów-komunistów nie łączy się nawet bezpośrednio ze straszliwą tragedią 3,5 miliona Żydów polskich za Hitlera. O tym wymordowanym, zgubionym społeczeństwie prawie się już nie mówi, za to o „wyalienowanych", partyjnych polskich Żydach mówi się w „Kulturze" ciągle, do tego nader jednostronnie i tendencyjnie – jakby wręcz z jakimś celem. Dziwaczny robi się ten Książę, ale nie mogę mu tego wytłumaczyć.

Stefan Kisielewski, „Dzienniki”, Warszawa 1996, ss. 506-507 (zapiska z 27 listopada 1970 roku)

Dzial: