Biskupa Chomyszyna nie da się zamilczeć

osadczy.jpg
„W latach 2006-2009 byłem Kanclerzem Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów – inicjatywy w duchu Giedrojcia mające wspólnie kształcić Polaków i Ukraińców. Z założenia szlachetny cel w rzeczywistości był wielkim kłamstwem” – mówi dla MP prof. Włodzimierz Osadczy.

Media liberalne, w tym „Newsweek”, napisały o Panu: „Badacz znany ze swoich anty-ukraińskich poglądów, które wygłaszał między innymi na antenie prokremlowskiego Radia Sputnik. Profesor jest też częstym komentatorem radia i telewizji ojca Tadeusza Rydzyka. Jego poglądy na temat cerkwi pochwala między innymi portal Kresy.pl i ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski”. To w kontekście ustawy o IPN. Czy czuje się Pan za nią „odpowiedzialny”?
- Gdy chodzi o ten konkretny tytuł prasowy, to spodziewam się, że niedługo sprawą oszczerstwa i pomówienia godzącego w moje dobra osobiste zajmie się sąd. Przytoczone więc cytaty należą do kompetencji organów ścigania, a nie są tezą do dyskusji. Natomiast należy zwrócić uwagę na to, że wypowiadanie się merytoryczne i rzeczowe (tak staram się zabierać głos wobec mediów publicznych) wywołuje niesamowitą furię i wściekłość środowisk antypolskich różnych maści, zagnieżdżonych zarówno z prawej jak i z lewej strony sceny politycznej. Odwołujące się do haseł liberalnych, demokratycznych czy nawet narodowych, jak chociażby gazeta z przymiotnikiem polska w tytule prowadząca antypolską propagandę, media te, i ci, którzy nimi się posługują wykorzystują w czystej postaci totalitarną bolszewicką metodę – nie dyskutować, nie odwoływać się do argumentów, ale atakować ad personam, przylepiać metkę przy pomocy manipulacji i kłamstw. Wobec braku argumentów merytorycznych giedrojciowsko-banderowska falanga bez skrupułów sięga po narzędzia totalitarne. Atakują swych oponentów te siły łączą całą rozpacz bezradności wynikającej z braku logicznych argumentów i antypolskie zaślepienie. Postępują zgodnie z „przykazaniami” swego bluźnierczego Dekalogu, zgodnie z którym nienawiścią i podstępem będą zwalczać swych wrogów. Na szczęście na razie poprzestają na oszczerstwach i pomówieniach. Pytanie – jak jeszcze długo?

Był pan zaangażowany w polsko-ukraiński dialog. Kiedy zorientował się Pan, że jest to droga donikąd?

- Z racji na realizowane badania bardzo blisko zajmowałem się historią relacji łacinników i unitów na pograniczu galicyjskim. Przekładało się to na relacje polsko-ruskie (później ukraińskie) w czasie unaradawiania ludu w XIX i XX w. Tematy bardzo trudne, mimo, że się ma do czynienia z dwoma społecznościami formalnie katolickimi, chrześcijańskimi i bliskimi sobie pod względem etnicznym. Razem z tym jaki przerażający ładunek negatywnej energii i wrogości wybuchał od czasu do czasu! Wynikało to z dwóch różnych, zdecydowanie odmiennych systemów kryteriów wartości nawiązujących do odmiennych doświadczeń historycznych zakorzenionych w różnych cywilizacjach! Stąd wszystkie próby porozumienia kończyły się klęską i niepowodzeniem. Hasła pojednawcze pozostawały tylko kłamliwą retoryką.
W latach 2006-2009 byłem Kanclerzem Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów – inicjatywy w duchu Giedrojcia mające wspólnie kształcić Polaków i Ukraińców. Z założenia szlachetny cel w rzeczywistości był wielkim kłamstwem. Funkcjonujący w latach 2000-2009 teoretycznie byt polsko-ukraiński w rzeczywistości stał się nieporozumieniem i kompromitacją. Strona ukraińska w ciągu całej historii Kolegium ani groszem nie przyczyniła się do podtrzymania jego funkcjonowania. Koszty stypendiów, opłaty za studia, zapewnienia warunków pobytu dla ukraińskich doktorantów niezmiennie zapewniała strona polska. Nawet w czasach „Europejczyka” Juszczenki, kiedy wice-premierem Ukrainy był jeden z filarów tego bytu – prof. Żułyński, nie wygospodarowano ani grosza na wielki cel pobłogosławiony przez wielkiego Giedrojcia. Strona ukraińska nie uruchamiała się bez „umotywowania”, z którego tak dobrze jest znany system społeczno-polityczny w krajach wschodnich. Późniejsze afery związane z Kolegium zasługują na osobną opowieść, częściowo kryminalną, częściowo obyczajowo-postmodernistyczną. Może będzie kiedyś czas podzielić się informacjami na temat jednej z mrzonek środowisk giedrojciowskich, która zdegradowała do zwykłej afery, w które tak bogata jest historia III RP.
Uczestnicząc w różnego rodzaju „pojednawczych” sesjach polsko-ukraińskich można było odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z rzeczywistością tak barwnie przedstawioną w filmach Barei. Wyraźnie spotykały się ze sobą prawda życia i prawda ekranu. Prawda ekranu apelowała do nieśmiertelnych myśli wielkiego redaktora, o którego dorobku naukowym czy też twórczym nikt nie wiedział, przytaczane wielkie zwycięstwa połączonych niezwyciężonych armii Piłsudskiego i Petlury, wspólne braterstwo broni AK i UPA a też inne bajki dla tych, kto otwiera uszy na ogłupienie, z innej strony ta sama proza życia. Zazwyczaj takie fety opłacała tylko wyłącznie strona polska, w „dyskusjach” należało stosować nowomowę i honorować antynaukową mitologię, piać dytyramby nieśmiertelnej przyjaźni między narodami opartej na uniwersalnych europejskich wartościach. Na żadnym z takich pojednawczych forów nie poruszano spraw dziesiątków tysięcy ludzkich szczątków – ofiar ludobójstwa, nie pogrzebanych przez ponad dwie dekady demokratyzacji i przyjaźni strategicznej, o zabranych i zabieranych kościołach ludności rzymskokatolickiej na Ukrainie, o pomnikach i symbolach godzących w godność każdego uczciwego człowieka (bez różnicy narodowości), które niczym grzyby po deszczu mnożyły się w suwerennej i europejskiej Ukrainie.

Publikacja książki „Dwa królestwa” bp. Grzegorza Chomyszyna pod Pana Profesora redakcją powinna być wstrząsem, a tymczasem mamy do czynienia z przemilczaniem. Na Ukrainie to nie dziwi, a jakie są polskie reakcje?
- Ocalały dzięki Opatrzności rękopis dzieła bł. bp. Chomyszyna wywołał wstrząs na Ukrainie po ukazaniu się ukraińskiej wersji książki. Wówczas cała energia nienawiści została skierowana na wydawców dokumentu i samego czcigodnego Autora. Fala nienawiści i kłamstwa wyszła ze środowisk związanych z Ukraińskim Kościołem Greckokatolickim. Tylko ingerencja nuncjusza apostolskiego uratowała przed totalnym zniszczeniem ks. I. Pełechatego, współredaktora tomu. Prorektor Ukraińskiego Uniwersytetu „Katolickiego” prof. I. Skoczylas nazwał książkę wielką mistyfikacją i manipulacją! Te same metody, o których wspominałem wyżej – pomówienie, oszczerstwo, kłamstwo i przemoc. Zero otwartości na rozmowę czy dyskusję. Jednak Opatrzność, która czuwała i czuwa nad ważnym słowem szlachetnego ukraińskiego biskupa sprawiła, że ataki skierowane przeciwko książce zamieniły się w najlepszą jej promocję. Kilka nakładów zostało rozprowadzono na Ukrainie. Wersja ukraińska także była poszukiwana przez czytelników i w Polsce. A po ukazaniu się książki w Polsce stała się ona swoistym bestsellerem! Doskonale sprzedaje się we wszystkich lepszych księgarniach kraju, doczekała się licznych spotkań promocyjnych, kolejne są zaplanowane w niedługim czasie. Książka trafiła do wszystkich ważniejszych ośrodków kościelnych w Polsce, została wysłana do wszystkich ordynariuszy. W nawiązaniu do książki bp. Chomyszyna na falach Radio Maryja głosił katechezę ks. abp. Stanisław Gądecki, przewodniczący KEP. To że mamy do czynienia z pozornym milczeniem, o niczym nie świadczy. Siły zła nie atakują wprost, bo widzą, że każdy ich krok przyczynia się do popularyzacji książki. Jad wylany na wydawców się skończył, zostali posądzeni oni o fałszerstwo, działalność agenturalną na rzecz służb polskich czy Putina itd. Amunicja się skończyła. Czcigodnego Autora zaatakować nie mogą wprost, jest błogosławionym Kościoła. Więc milczą. Ale książka po cichu robi swoją zbawienną misję. Bp. Chomyszyn został uczczony przez Sejm RP jako Prorok Ukrainy! Książkę przeczytały tysiące czytelników, jej treść znają hierarchowie Kościoła. Środowiska patriotyczne walczące o prawdę pozyskały wielkiego sojusznika i orędownika na niebie, którego słowo krzepi. Ciekawa rzecz, giedrojciowscy europeizatorzy przeoczyli tę ważną pozycję, nie dostrzegli jej roli w rzeczywistym pojednaniu polsko-ukraińskim. Zbyli też milczeniem represje i prześladowania, którym był poddany na Ukrainie współredaktor książki. „Wolność słowa” tylko dla neobanderowców, którym ciemnogród knebluje usta w „badaniach naukowych”, a prześladowania duchownego za wydanie książki błogosławionego jest w porządku.

Czy Kościół katolicki w Polsce, myślę o hierarchii, zdaje sobie sprawę, że grekokatolicyzm ukraiński jest w dużej mierze pasem transmisyjnym nacjonalizmu banderowskiego? Czy ktoś sobie z tego zdaje sprawę, także w Stolicy Apostolskiej?
- Najprawdopodobniej wśród hierarchów w Polsce nie ma wiedzy jaka jest kondycja Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Świadczy o tym to, że biskupów unickich zaprasza się jako sygnatariuszy listów nt. pojednania. Ideologia bezbożnego nacjonalizmu ukraińskiego jest stale obecna i kultywowana wśród kleru i hierarchii greckokatolickiej wprost! Nie są to śladowe niedopatrzenia, przykre przejęzyczenia czy inne wpadki, ale świadoma i konsekwentna polityka gloryfikacji formacji winnych zbrodni ludobójstwa i „herojów” przewodniczących im. Unicki arcybiskup Lwowa Woźniak w orędziu do ludu nazywa Banderę „skarbem narodu”, święci tablicę Szuchewycza na murze polskiej szkoły we Lwowie. Były zwierzchnik Kościoła kard. Lubomyr Huzar nazywa OUN przyszłością narodu ukraińskiego w telegramie do Kongresu nacjonalistów. Na stronie wyższego seminarium duchownego we Lwowie umieszcza się artykuł o Banderze jako wzorcu wiary katolickiej! W tym roku unicki biskup w Kołomyi czcił urodziny Bandery, którego wysławiał jako Mojżesza Ukrainy. Nie wie o tym tylko ten, kto nie chce wiedzieć. Mamy do czynienia z publiczną manifestacją, wystąpieniami i czynnościami naświetlanymi w przestrzeni medialnej. Milczenie episkopatu polskiego jest w tej sytuacji kuriozalne, a układanie jakichś wspólnych listów i orędzi z tego rodzaju strukturą kościelną zakrawa na bluźnierstwo. Na Ukrainie od wielu lat jest Nuncjatura Apostolska. Jeżeli Stolica Apostolska nie wie jaka jest kondycja formalnie katolickiego Kościoła, to świadczy to albo o nieudolnym funkcjonowaniu dyplomacji watykańskiej, albo o zmowie milczenia „dla celów wyższych”.

Jakie właściwie wyjście mamy w tej sytuacji, kiedy lansowany usilnie przez polski świat polityczny „strategiczny partner” zbudował swoją tożsamość na zbrodniczej ideologii i tradycji zbrodniczej formacji?
- Musimy pamiętać o sprawie zasadniczej – Polska jest integralną ponad tysiącletnią częścią cywilizacji europejskiej. Europejskiej, czyli chrześcijańskiej. Polityka w naszym kręgu cywilizacyjnym z założenia powinna być etyczna! Próby tworzenia konstrukcji politycznych na kłamstwie i zbrodni są nieroztropne i krótkowzroczne. Wcześniej czy później wykreowany Frankenstein obróci się przeciwko swemu twórcy. Historia dostarcza mnóstwo przykładów, kiedy igraszki z demonami doprowadzały do wielkich katastrof. Przypomnijmy Taliban, Al-Kaidę czy Państwo Islamskie. Próby czerpania korzyści geopolitycznych z nacjonalizmu ukraińskiego w wydaniu polityków polskich wygląda na świętokradztwo i zatracenie nie tylko wszelkiej uczciwości, ale twarzy. To tak, jakby ktoś spośród Żydów widział korzyść w odradzającym się neonazizmie albo Ormianin wchodził w układy z pantureckim nacjonalizmem. Nie tylko przesłanki etyczny, chrześcijaństwo, godność ludzka i zwykła uczciwość mówią, że nie wolno tak postępować, ale i najprostsze kalkulacje polityczne wskazują na to.
Banderowski nacjonalizm o bardzo płytkim i prymitywnym podłożu ideowym nie będzie w stanie skonsolidować olbrzymiego kraju, którego spora część od wieków jest związana z tradycją rosyjską. Wcześniej czy później nastąpi pęknięcie. Z racji na radykalizm nacjonalizmu można zakładać radykalne przeciwdziałanie jemu i bezpośrednie zaangażowanie w tę sytuację Rosji. Akcja rodzi reakcję, a przemoc wywołuje przemoc. Na pewno wzbudzi to jeszcze większy chaos, nad którym rządzące w kraju klany oligarchiczne nie będą w stanie zapanować. Nie wiadomo, czy zbiorowy Zachód w tej sytuacji nie „odpuści” tej przestrzeni chaosu Rosji. Obiektywnie prorosyjski Wschód potrafi się odnaleźć pod kuratelą odradzającego się mocarstwa. Zachód Ukrainy, do którego zepchnie się element banderowski pozbawiony przemysłu i rolnictwa, bez produkcyjnej populacji przekształci się w swoiste czerwono-czarne Kosowo. Z takim sojusznikiem strategicznym pozostająca wciąż dość często państwem teoretycznym Polska nie tylko nie pokona Putina, ale daj Boże, by sama przetrwała. Chyba, że tym politykom „polskim” właśnie o to i chodzi…?

Rozmawiał: Jan Engelgard

Myśl Polska, nr 11-12 (11-18.03.2018)

Dzial: