Dlaczego nie lubię IPN?

ipn_2.jpg
Nie jestem co prawda profesjonalnym historykiem, ale coś tam liznąłem filozofię nauki i metodologię nauk, tak więc kojarzę, że twierdzenie naukowe wyróżnia się na tle nienaukowych tym, że przy odpowiedniej argumentacji można je sfalsyfikować, tak więc obalić daną tezę.

Tymczasem z IPN jest tak, jak podsumował red. Engelgard: jest twierdzenie, że partyzantka antykomunistyczna była dobra, a jak wychodzi, że jednak ma coś na sumieniu, to najpierw jest, że to nieprawda, potem, że to sowieci przebrali się za wyklętych, potem, że sowieci przebrali się za ofiary wyklętych, potem, że Rosjanie sfałszowali dowody, potem, że archiwa są ukryte w Moskwie, Rosjanie je spalili albo coś tam jeszcze, a poza tym, jeżeli ktoś zarzuca coś wyklętym, to uprawia wrogą moskiewską/gazetowyborczą politykę historyczną etc. Nie muszę chyba dodawać, że z czymś takim nie da się dyskutować, bo twierdzenia IPN nie dopuszczają możliwości ich obalenia;

Nie lubię ujęć czarnobiałych. Absolutnie złe lub absolutnie dobre są jedynie byty idealne i abstrakcyjne. Materia i doczesność istnieją w różnych odcieniach szarości, opisując je więc, trzeba stosować cieniowanie. Ja na przykład sympatyzuję raczej z powstańcami Zagłębia Donieckiego niż z ukraińskimi nacjonalistami, ale pisząc lub rozmawiając o wojnie w Zagłębiu Donieckim, staram się też zrozumieć sposób myślenia, perspektywę i racje strony ukraińskiej, dostrzec również jej realne atuty moralne, polityczne etc. Podobnie, jestem krytyczny wobec polskiej tradycji powstańczej, ale krytycznie odnosząc się do tej tradycji i do polskich powstań, jestem w stanie powiedzieć też coś dobrego o powstańcach i zrozumieć ich racje, choć sam popierałbym lub nawet uczestniczył w tłumieniu tych powstań.

W ujęciach IPN natomiast, wszelkiego rodzaju antykomuniści to zawsze harcerze, którzy są grzeczni, honorowi, dzielni, nie przeklinają, nie palą, nie garbią się, są odważni, przystojni i wykształceni (vide: cukierkowy film „Wyklęty”), komuniści natomiast to chamy, prostaki, brudasy, śmierdzą, gwałcą, są tchórzami, brutalami i sadystami, są zdrajcami, są skorumpowani etc. To jest narracja historyczna prowadzona z subtelnością cepa lub młota pneumatycznego i z rzeczywistością nie ma za wiele wspólnego;

Kolejny punkt jest związany z poprzednim; źle się czuję w ujęciach dogmatycznych. Lubię drążyć, pytać, podważać, poddawać w wątpliwość, kwestionować, poszukiwać alternatywnych twierdzeń lub interpretacji. Naturalną nieufność budzą we mnie „oczywistości” przyjmowane za takie przez tłum. Instynktownie ustawiam się zawsze wobec czegoś takiego w kontrze, ponieważ, jak mówi pewien amerykański podręcznik do zarządzania, „The majority is always wrong”. Albo, jak napisał pewien południowoamerykański aforysta, „Sceptycyzm i wiara tworzą sojusz przeciwko oszustwu”.

Z publikacji IPN dowiadujemy się zaś nieustannie że „Ogień wielkim patriotą był”, a kto się nie zgadza, temu w mordę. Jak ktoś zrobi klocki z NKWD-zistą z pepeszą, to wraży komuch. Jak ktoś mówi, że w WP za komuny również myślano często po polsku, to pewnie agent Rosji. IPN jest od tresowania owiec, żeby beczały na jedną nutę, a ja w takiej sytuacji wolę być tą „czarną owcą”, która będzie beczeć po swojemu albo nie będzie beczeć w ogóle.

Jeszcze inny aspekt to odpowiedzialność za świadomość historyczną narodu. IPN w założeniu miał służyć jej formowaniu. Ja jestem, jako tradycjonalista, gorącym zwolennikiem koncepcji edukacji jako sztuk wyzwolonych, czyli dostarczania edukowanym narzędzi do samodzielnego poznawania rzeczywistości, a nie zestawu dogmatów na temat tej rzeczywistości do wyuczenia na pamięć i przyswojenia. W trzech poprzednich punktach napisałem, dlaczego działalność IPN, moim zdaniem, zasadza się na czymś biegunowo przeciwnym. Takie zideologizowanie historii, zamiast poważnej nad nią refleksji, prowadzi do sytuacji, gdy IPN nie formułuje ocen wydarzeń i podmiotów historycznych w poczuciu odpowiedzialności za losy narodu i jego duchową, moralną i intelektualną dojrzałość, tylko wtłacza nam propagandę wygodną dla swoich politycznych mocodawców.

IPN wręcz wycisza dyskusje nad takimi odpowiedzialnymi ocenami. Najprostszy przykład to kwestia oceny radykalnych nurtów antykomunizmu. Na przykład ocierających się o terroryzm marginalnych grupek opozycji demokratycznej. Albo nurtów opozycji które stały się agenturami obcych państw lub których uczestnicy dopuścili się zdrady stanu. Albo powojennej partyzantki antykomunistycznej. Nikt w IPN nigdy nie napisze na przykład, że ruchawka tzw. „wyklętych” to nic więcej jak kolejny rozdział „dziejów głupoty w Polsce”, formą bliźniaczo przypominający takie ruchy jak Konfederacja Barska, Powstanie Styczniowe, czy rewolucja 1905-1907.

Nikt nie napisze zatem, że była to impreza pozbawiona sensu i szans powodzenia, od której odcięły się wszystkie poważne i dojrzałe siły polityczne w kraju i na emigracji, pozbawiona szerszego poparcia społecznego, stanowiąca marginalny ułamek konspiracji z czasów wojny i okupacji, głupia i szkodliwa tak jak i wcześniej wymienione powstania.

Zamiast tego, IPN ogłupia nas opowieściami o jakimś nieistniejącym „powstaniu antykomunistycznym 1944-1963”, którego świadomi nie byli, zdaje się, nawet sami jego uczestnicy i które ma tyle wspólnego z prawdą, co rzekome „powstania ludowe” na zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainie w 1944, podnoszone w historiografii stalinowskiej.

Łatwo się domyślić, jakie skutki dla świadomości politycznej i dojrzałości politycznej Polaków to przyniesie. Zamiast polityki realnej, opartej na poczuciu odpowiedzialności, świadomym balansie sił, organizacji i planie, będziemy mieli kolejne pokolenia wytresowane w skłonnościach samobójczych, autodestrukcyjnych, w infantylnej egzaltacji, w podatności na manipulacje Zachodu.

Wreszcie ostatnia kwestia, o której pisałem już wcześniej. IPN działa na polityczne zlecenie. Chodzi o zohydzenie Polski w oczach Rosjan i Białorusinów oraz rosyjskich prawosławnych, naznaczonych na głównego wroga przez polskich atlantystów. Antykomunizm jest tylko parawanem, za którym skrywa się chęć uderzenia w Rosję i wszystko, co z nią związane. (w ogóle, nieśmiało podejrzewam, że polski „antykomunizm” jest tak naprawdę moskalofobią i gdyby marksizm przyszedł do nas z Zachodu, na przykład z USA, z Austrii, lub z Francji, to zostałby przyjęty przez Polaków dużo bardziej życzliwie, niż nadciągając z Moskwy. Wobec marksizmu zachodniego bylibyśmy duchowo bezbronni. Przed komunizacją ochroniło nas narzucanie marksizmu przez znienawidzoną powszechnie Rosję).

PRL była sojusznikiem Moskwy, więc wszystko co związane z PRL trzeba zadeptać. Zarazem, jeśli jakiś marksista lub socjalista był antyrosyjski i antysowiecki, jak na przykład Borys Sawinkow, to go nie ruszamy albo nawet wynosimy na cokoły pomników. W komunizm trzeba walić, bo komunizm przyszedł z Rosji, umiejętnie to podkreślając, przez propagandę antykomunistyczną, utrwalamy zatem w Polakach dozgonną nienawiść do Moskwy.

Chodzi więc o to, by wykopać pomiędzy Polakami a ludami ruskimi, pomiędzy rzymskimi katolikami a rosyjskimi prawosławnymi, niedający się zasypać rów wzajemnych uprzedzeń, pretensji, niechęci, nieufności, strachu. Chodzi o to, by stosunki polsko-rosyjskie, polsko-białoruskie i katolicko-prawosławne zdegradować do poziomu, do jakiego dziś stosunki polsko-ukraińskie zdegradowali ukraińscy nacjonaliści. Wtedy nasz kraj zostałby nieodwracalnie zabetonowany w atlantyzmie, każda bowiem próba otwarcia się na Wschód napotkałaby nieprzezwyciężalne przeszkody w postaci wzajemnej niechęci i pretensji.

Ronald Lasecki