W pułapce wyklętyzmu

zw 3.JPG
„Możemy dziś mówić: oni nie przegrali tej walki, oni zwyciężyli!”. Te słowa padły z ust Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Andrzej Dudy, pod Pomnikiem Nieznanego Żołnierza, w czasie zeszłorocznych obchodów Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.

Zdanie to, co zrozumiałe, wywołało entuzjazm zgromadzonej na miejscu gawiedzi oraz setek tysięcy młodych patriotów oglądających świat zza ekranów swoich smartfonów. Jednak wśród znacznie węższej (co nie znaczy, że mniej ważnej) grupy odbiorców, zdolnych do elementarnej refleksji, wzbudziło co najmniej konsternację: „Jak to wygrali?”.

Bo jeśli przyjrzeć się sprawie, nawet niewprawnym okiem, nie dostrzeżemy tu zwycięstwa. Z każdego punktu widzenia epopeja Wyklętych zakończyła się klęską. Zostali rozgromieni militarnie, co było nieuniknione w kontekście olbrzymiej dysproporcji pomiędzy zasobami obu stron tej konfrontacji. Bilans tych zmagań jest wyjątkowo ponury. Z kilkunastu tysięcy żołnierzy i oficerów biorących udział w walkach około osiem tysięcy zginęło na polu bitwy, a kolejni zostali straceni przez stalinowskie sądy*.

Polska straciła kilkanaście tysięcy wspaniałych ludzi w walce toczącej się o przegraną sprawę. Ilu wrogów Polski pokonali za tą potężną cenę Wyklęci? Najbardziej wiarygodne opracowania mówią o około ośmiu tysięcy zabitych. Nie było wśród nich najwyższych władz państwowych i wojskowych, jedynie niewielka garstka UB-eków (po których nie będziemy specjalnie płakać). Przytłaczającą większość ofiar walk po stronie rządowej nie stanowili żadni komuniści, ale prości żołnierze Wojska Polskiego i KBW. Zwykli poborowi, których nikt nie pytał o zdanie, którzy jak wszyscy żołnierze marzyli tylko o tym by zrzucić kamasze i wrócić do domu. Taka ekonomia krwi.

Żołnierze podziemia niepodległościowego zwani dziś Wyklętymi przegrali też politycznie. Wymarzona przez nich Polska należała do przeszłości, nie było dla niej miejsca na narysowanej na nowo mapie Europy.

Polacy lubują się w doszukiwaniu się w klęskach „moralnych zwycięstw”. Jednak Wyklętych, nawet przy zwyczajowej dla nas gargantuicznej dawce chciejstwa, nie możemy określać mianem „moralnych zwycięzców”. Zostali bowiem skutecznie wymazani z kart historii i ze zbiorowej świadomości. Nawet po 1989 roku nowa Polska, już z orłem w koronie, przez lata funkcjonowała w błogiej niewiedzy o ich istnieniu. Słowa w rodzaju pamiętnych „nie byłoby „Solidarności”, gdyby nie Żołnierze Niezłomni, nie byłoby Polski, gdyby nie oni.” (A. Macierewicz, 1.03.2016r.) są do tego stopnia oderwane od historycznej prawdy, iż wydają się pochodzić z alternatywnej rzeczywistości.

Bowiem dopiero wieloletnie wysiłki fascynatów, w tym licznych przedstawicieli naszego środowiska, doprowadziły do przywrócenia pamięci o tej karcie historii. Przywrócenia w pełni słusznego. Bo w końcu, choć Wyklęci przegrali, choć ich sprawa była beznadziejna, zasłużyli na coś więcej niż bezimienne mogiły i krzywdzące miano bandytów**.

Tak oto, po tej wyjątkowo obszernej historycznej dygresji, wracamy do przytoczonej wypowiedzi Pana Prezydenta. Jest ona symptomatyczna nie tylko dla obozu „dobrej zmiany” ale dla polskiej prawicy w ogóle. Jako, ze politycy zasadniczo zachowują się racjonalnie możemy założyć, że przedmiotowej wypowiedzi i licznym jej podobnym przyświeca jakiś cel. Nie jest nim głoszenie prawdy historycznej, gdyż jak już ustaliliśmy prawdziwość tezy o zwycięstwie Wyklętych jest wyjątkowo dyskusyjnej urody. Pozostaje zatem jedynie domniemywać co wspomnianym celem jest.

W mojej opinii mamy do czynienia z próbą ukształtowania nowego pojęcia patriotyzmu, z nowym panteonem bohaterów i nowym wzorcem postaw. Wyklęci są tutaj wyjątkowo wdzięcznym budulcem nowej narracji. Jest to jednak narracja ułomna dwójnasób.

Po pierwsze, jak już wskazałem, jest ona z gruntu oparta na fałszu. Tak jak ziarno rzucone na podatny grunt szybko kiełkuje, tak w środowiskach patriotycznych pamięć o żołnierzach drugiej konspiracji w mgnieniu oka przerodziła się w fascynację. Ta, wspomagana już machiną państwowej polityki historycznej, zamieniła się w doskonale wykreowany kult „Wyklętych”. W nim nie ma już miejsca na niuansowanie, na dzielnie włosa na czworo, na naukowy krytycyzm i dążenie do prawdy.

Historyczni „Wyklęci”, niepozbawieni wad i przywar, lecz przez to prawdziwi, zostali zastąpieni swoimi popkulturowymi odpowiednikami wzorowanymi na amerykańskich superbohaterach. W nowej, komiksowej rzeczywistości pozostały tylko dwie barwy: biel i czerń. Biel zarezerwowana dla nowych Wyklętych, czerń dla ich wrogów. Kto nie jest z nami ten przeciwko nam. A kto przeciw Wyklętym ten komuch i zdrajca, ORMO-wiec, SB-ek w trzecim pokoleniu, ruski agent. Do woli.

W mgnieniu oka, w czarodziejski sposób Wyklęci z przegranych zmienili się w zwycięzców. Ich droga przestała wieść ku zatraceniu, a stała się drogą do chwały. Tak zrodził się wyklętyzm. Obecnie oficjalna doktryna polityki historycznej naszego państwa.

Pół biedy, że jest to doktryna zbudowana na całkowicie fałszywych przesłankach historycznych. Nihil novi sub sole. Sedno problemu stanowi druga z ułomności wyklętyzmu, mianowicie konsekwencje społeczne i wychowawcze jakie niesie. Jego istotą jest bowiem polityczny romantyzm wykluczający realizm, kalkulacje i zwyczajny zdrowy rozsądek. Tym samym wyklętyzm sprowadza nas na drogę, która nieuchronnie wiedzie do powielania starych błędów. „Nieważne – zdają się mówić piewcy nowej doktryny – jakie są nasze szanse na zwycięstwo, ważne by słuszność była po naszej stronie. Nie oglądajmy się na konsekwencje, na sytuacje i realia. Racja jest nasza. A potem jakoś to będzie”.

Stara śpiewka – można by skwitować. Po raz kolejny przedstawia się nam za cnotę to samo szaleństwo, które lata temu pchnęło naszych przodków do straceńczych insurekcji, od powstania listopadowego począwszy, a na powstaniu warszawskim skończywszy. Obłęd, z którym my, endecy, walczymy już niemal półtora stulecia.

Udało się nam przywrócić pamięć o Wyklętych. To dobrze. Teraz uczmy o nich kolejne pokolenia. Ale mówmy prawdę. Mówmy o bohaterstwie, ale i o łajdactwie. Mówmy o tragicznej, beznadziejnej walce, ale nie dopisujmy fałszywych happy-endów. To ważne przede wszystkim dla naszej przyszłości, której nie wolno nam budować na nierealnych wyobrażeniach. Ale ważne też dla pamięci o samych „Wyklętych”. Zasłużyli na coś więcej niż na los popkulturowych superbohaterów dekorujących nasz patriotyczny Disneyland.
Przemysław Piasta

* Precyzyjna liczba Wyklętych skazanych na wyroki śmierci, oraz tych na których wyroki wykonano jest trudna do ustalenia. Łączna ilość wyroków śmieci w okresie stalinowskim szacowna jest wg rożnych szacunków od 2,5 do 8 tysięcy. Wg. Instytutu Pamięci Narodowej w latach 1946-55 skazano na śmierć około 5 tys. osób. IPN ustalił 3468 nazwisk osób skazanych w tym czasie na karę śmierci przez wojskowe sądy rejonowe. Wyroki wykonano co najmniej na 1363 osobach. Większość skazanych stanowili przeciwnicy polityczni komunistycznej władzy, jednak niekoniecznie żołnierze podziemia niepodległościowego.
**...choć w obecnym panteonie wyklętyzmu są i tacy, którzy na rzeczone miano zasłużyli w pełni. W tym miejscu warto zadać pytanie: czym rożni się żołnierz od bandyty? – to już jednak temat na zupełnie inny tekst.