Tej wojny raczej nie wygramy

kalisz.jpg
Jako endek w dyskusjach o relacjach polsko-żydowskich stoję na straconej pozycji. Mam świadomość, że czego nie powiem i tak zostanę nazwany antysemitą. To określenie używane jest jak paralizator. Ma odbierać prawo do dyskusji, a jak jest taka potrzeba, to z niej eliminować.

Mniej więcej w takiej sytuacji są też ci wszyscy, którzy zachwycają się postawą premiera Mateusza Morawieckiego, który nieopatrznie palną coś o „żydowskich sprawcach”, a czego pewnie sam Morawiecki do dzisiaj żałuje. W odróżnieniu ode mnie, ci entuzjaści uznali, że zmiana zapisów w ustawie i IPN i wypowiedzi kilku polityków PiS-u to co najmniej przyzwolenie na wygarnięcie środowiskom żydowskim prawdy.

Jednym z największych entuzjastów okazał się skądinąd rozsądny profesor Jan Żaryn, który gdzieś powiedział, że tej sprawy z Izraelem nie wolno przegrać. Pewnie profesorowi chodzi o obecny spór o udział Polaków w eksterminacji Żydów w drugiej wojnie światowej. Nie jestem jednym z tych entuzjastów i powiem twardo, że strona polska nic tu nie wygra. Nie wygra dlatego, że ten spór, to nie spór kłamiących z walczącymi o prawdę, ale spór silnych ze słabymi.

Dodam, że chodzi o silnych i słabych politycznie i ekonomicznie. Kiedy Polska będzie miała szanse na sukces w tym sporze? Wtedy, kiedy będzie miała PKB na poziomie powiedzmy połowy niemieckiego i armię dorównującą siła i sprawnością izraelskiej. Niezbędne są również elity intelektualne i polityczne rozumiejące ten problem i reprezentujące polski interes narodowy. Nic z tego nie ma i nic nie zapowiada, że w dającej się przewidzieć przyszłości będzie. W Polsce nie ma żadnej państwowej ani nawet społecznej organizacji, która w sposób profesjonalny przeciwstawiałaby się przekazowi o współwinie Polaków za holokaust.

Za takie trudno uznać protesty palcówek dyplomatycznych w sprawie „polskich obozów śmierci”. W Polsce jest za to kilka instytucji, które za pieniądze polskich podatników skutecznie dbają o utrwalenie żydowskiego kompleksu u Polaków. Ta działalność prowadzona jest od dziesięcioleci.

O skuteczności tych instytucji przekonał się profesor Krzysztof Jasiewicz, którego napiętnowano jako antysemitę za publikację badań naukowych o udziale Żydów w zaprowadzaniu sowieckich porządków na ziemiach zajętych przez nich w 1939 roku. Przekonała się również o tym doktor Ewa Kurek, którą pamiętam jeszcze z lat osiemdziesiątych na KUL-u, jako aktywną reprezentantkę środowiska krzewiącego kompleks żydowski. Przeciw tej świetnie zorganizowanej wewnątrz i na zewnątrz Polski sile, zgodnie z polską tradycją wyruszyło pospolite ruszenie. Skutek będzie i już jest taki, jak to kiedyś pospolite ruszenie stawało przeciw najemnym, zawodowym wojskom.

Nie ma również na dobrą sprawę politycznych elit zainteresowanych wygraniem tego konfliktu. Część stanęła wprost po stronie środowisk żydowskich i cynicznie z politycznych motywacji, nie zważając gdzie prawda, a gdzie fałsz, mówi o odpowiedzialności Polaków za holokaust. Wbrew nadziejom entuzjastów żadnego oparcia nie mają w PiS. Jestem przekonany, że Jarosław Kaczyński uwikłanie w ten spór uważa za ciężką porażkę. Przez wybuch tego sporu z pierwszej linii zniknęło zagrożenie rosyjskie.

Kaczyński nienawidzi endeckiej tradycji, a wszelkie ostre spory ze środowiskami żydowskimi traktuje jako zagrożenie odrodzeniem endeckiego ducha
. I nic do rzeczy tu nie ma, że to fobia. Zawieszenie w członkostwie w PiS senatora, który „rozpowszechniał antysemickie treści” (o tym co jest antysemickie oczywiście decyduje sam Kaczyński) jest tego przykładem. Zresztą ze zmianami w ustawie o IPN PiS robi dokładnie to, co przewidziałem. Pewnie profesor Żaryn nie czyta tego, co piszę, jednak radzę mu bardziej się pilnować, bo konfliktu z Izraelem o pamięć historyczną nie wygra. Prędzej Kaczyński straci cierpliwość i go wyrzuci z PiS-u.

Andrzej Szlęzak