Szalbierstwa na cenzurowanym

police.jpg
Dla większości Żydów sformułowanie „polski obóz śmierci”, to sprawa oczywista, nie budząca żadnych kontrowersji. Podobnie, jak przekonanie o pomocniczej roli Polaków podczas Holocaustu. Jeśli ktoś myślał, że jest inaczej, musiał się srodze zawieść obserwując reakcję Izraela, a także wpływowych organizacji żydowskich na zmianę ustawy o IPN, która penalizuje przypisywanie narodowi i państwu polskiemu odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie podczas II wojny światowej.

Pudrowane od blisko trzech dekad relacje polsko-żydowskie osiągnęły niespodziewanie stan wrzenia, co u wielu obserwatorów wywołało hercklekoty, a nawet biegunkę. Zupełnie niepotrzebnie.

Kompletnie nie podzielam przekonania, że w związku z fochem wpływowych środowisk żydowskich spadną teraz na Polskę wszelkie plagi egipskie. Wręcz przeciwnie, uważam, że stała się rzecz dobra i pożądana, a z dydaktycznego punktu widzenia, wręcz nieoceniona. Nie często bowiem zdarza się sytuacja, w której możemy obserwować tak szczery, spontaniczny i ekspresyjny obraz tego, co tak naprawdę środowiskom żydowskim na wątrobie leży. A leży, jak się okazuje, zagrożona możliwość zachowania pełnego monopolu na narrację dotyczącą Holocaustu, który – warto to ciągle przypominać – dokonał się za sprawą Niemców na ziemiach polskich.

Otóż, narracja ta musi mieć ściśle określony charakter, uwzględniający jedynie żydowski punkt widzenia, który – ex definitione – nie powinien podlegać dyskusji, chyba że koncesjonowanej, która prowadzić będzie do z góry założonych wniosków, np. takich, do jakich doszedł Jan Tomasz Gross w swojej słynnej książce „Sąsiedzi”. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział o jakie wnioski chodzi, to sprawę wyjaśnił przed kilkoma dniami izraelski minister edukacji Naftali Bennett, który raczył stwierdzić, że „Polacy byli zaangażowani w pomaganie nazistom przy mordowaniu Żydów, a także sami ich mordowali”. Dlatego też bez zbędnej zwłoki „poinstruował pracowników izraelskiego systemu edukacji, by przeprowadzili dwugodzinne lekcje na temat zaangażowania poszczególnych narodów europejskich w Holokaust”.

Gdyby trzymać się tej logiki, to moglibyśmy ustami naszej pani minister edukacji zareplikować, iż strona polska rozważa wprowadzenie podobnych pogadanek w szkołach, ale z innej trochę perspektywy, a mianowicie dotyczących pobratymców pana ministra, entuzjastycznie uczestniczących w stalinowskim aparacie represji i ich wydatnej „pomocy w mordowaniu Polaków, a także ich mordowaniu”. Oczywiście nic podobnego się nie wydarzyło i nie wydarzy, bo nikt w Polsce nie zamierza kopać się z koniem.

Reasumując. Skoro mleko się rozlało, to jest okazja do zamanifestowania polskiego punktu widzenia, pokazania w świetle jupiterów i przy podniesionej kurtynie, że państwo polskie ma odpowiednie instrumenty i przestaje być bezbronne wobec zorganizowanego przemysłu szalbierstwa, który od lat przerzuca na Polaków odpowiedzialność za Holocaust w poczuciu pełnej bezkarności. Rząd zrobił to, co do niego należało. Czas pokaże, czy będzie potrafił z tych możliwości umiejętnie korzystać.

Maciej Eckardt
Tygodnik Bydgoski, Nr 5/2018