Zegar historii

time.jpg
Czy w ogóle istnieje taki przyrząd, który – chociażby w przybliżeniu – mierzy historyczny czas? A jeśli nawet tak, to czy owo narzędzie jest uniwersalne, lub może bywa na tyle względne, iż w różnych miejscach globu należy umieścić odmienne oprzyrządowania?

Z całą pewnością – jak uczy archeologia, językoznawstwo i inne obszary nauki – ludzie mimo dzielących je przestrzeni, jakoś nigdy do końca nie zatracili ze sobą łączności, oddziaływując wzajemnie na swoje wyobrażenia, instytucje, techniczną stronę życia, rolnictwo, czy wynalazki.

Ale zamierzchła historia oznaczała również nieprzezwyciężalną izolację jednych od drugich. Z całą więc pewnością nie można powiedzieć, że dawne słowo „ludzkość” jest tym samym, co oznacza teraz. Ogrom kontynentów, klimatyczne niedogodności, geograficzne uciążliwości, niedostatek technicznych środków – wszystko to robiło swoje. Jeśli tak: to trzeba skonkludować, że my w swych zdolnościach progresywnie postępowaliśmy do przodu, a zatem mieliśmy jakiś początek. Chrześcijanie swój los wiążą z opatrznościowymi zamierzeniami, skoro był początek – to musi być i koniec. Alfa i Omega.

Pomiar czasu podlegał zatem procesowi najpierw rozproszenia, a następnie unifikacji. Wiemy jak to narzędzie było różne i niedoskonałe. Zawsze jednak zależało od słońca i księżyca oraz tych dwóch obiektów jednocześnie. Rzymianie czas liczyli od założenia miasta, inaczej inne ludy. Europejczycy od narodzenia Jezusa Chrystusa, z kolei muzułmanie od początku swojej ekspansji, itd. Powiada się, że w samej Palestynie, na przełomie er, obowiązywały jednocześnie cztery sposoby pomiaru czasu. Jest charakterystyczne, że każde imperium, religia, czy cywilizacja wraz z dominacją polityczną narzucały podbitym własny system rachowania upływających chwil. Z biegiem epok i wraz z nadejściem nowożytności, a z nią dominacji białej rasy świat przyjął kalendarz chrześcijański.

Ujednolicono właściwie datę obchodów rozpoczęcia Nowego Roku z zezwoleniem na zachowanie regionalizmów. Można, by rzec, że najwyższą formą panowania jest rozporządzanie wspólnym czasem. Tak się dzieje w skali indywidualnej, jak i zbiorowej. Kalendarze bowiem są cichym, ale spektakularnym znakiem czyjejś władzy. Na tym tle warto zastanowić się nad problem, czy katolicki kalendarz przetrwa upadek łacińskiej cywilizacji. A jeśli nie, czyj sposób odmierzania czasu zwycięży? Wreszcie, którego dnia europejscy potomkowie będą obchodzili pierwszy dzień kolejnego roku? Może być różnie.

Dużo na to wskazuje, że nie powiedzie się próba stworzenia jakiejś wszechświatowej religii i uniwersalnego rytu, a co zatem idzie zamiar uratowania chrześcijańskiego przesłania przez jego akomodację i przystosowanie. W takich okolicznościach tylko islam wykazuje wystarczającą cywilizacyjną prężność, by swoje zapatrywania na kluczowe zagadnienia życia oraz śmierci narzucić innym. Jedynym ratunkiem, nie są jednak bombardowania i kolejne rewolucyjne wiosny, lecz szybkie – póki jeszcze czas – zastąpienie ropy naftowej innymi rodzajami energii. Po prostu muzułmański świat, chociaż i to nie jest pewne, przegra tylko w jednym przypadku: o ile te paliwa ciekłe stracą charakter zasadniczego nośnika energii. Ale czasu jest bardzo mało.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 1-2 (1-7.01.2018)