Byłem na Placu Szewczyka

wilhelm 2.jpg
W sobotę byłem w Katowicach na proteście w obronie placu Wilhelma Szewczyka. Ze strony władzy padały wątpliwości czy w ogóle ktoś przyjdzie. Przyszło co najmniej 100 osób, a „Rzeczpospolita” twierdzi, że nawet kilkaset. Głównie miejscowej inteligencji.

Wśród przybyłych była m.in. córka pisarza, prof. Grażyna Barbara Szewczyk – wybitna germanistka, tłumacz literatury niemieckiej, szwedzkiej i norweskiej – ale nie zabierała głosu. Były flagi różnych partii politycznych, od SLD po Wolność, z wyjątkiem PiS. Wśród przemawiających był m.in. przedstawiciel Ruchu Autonomii Śląska, który stwierdził, że chociaż z tym, co pisał Szewczyk się nie zgadza, to broni placu jego imienia.

Ponadto przemawiali m.in. prof. Maciej Tramer z Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego oraz red. Jan Dziadul (autor książki o pacyfikacji kopalni „Wujek”). „Był pisarzem zaangażowanym, dziennikarzem działającym na rzecz miejsca i społeczności, w których mu przyszło żyć. I o to do niego największa pretensja właśnie – że działaczem też był, że należał. Można być pisarzem, który nie wystawia zza biurka nosa, ale można też jak Wilhelm Szewczyk, zaangażować całą swoją popularność, cały swój autorytet, żeby zrobić cokolwiek dla swojego Śląska, żeby zrobić cokolwiek dla swojego świata” – powiedział m.in. prof. Tramer.

Natomiast red. Dziadul odczytał list od red. Kazimierza Zarzyckiego, który w 1991 roku wnioskował o przemianowanie placu Dworcowego na plac Szewczyka. W liście tym red. Zarzycki poruszył m.in. sprawę członkostwa Szewczyka w ONR i PZPR. Otóż Szewczyk miał w 1945 roku stwierdzić, że „nie warto kopać się z koniem, ale trzeba tego konia po naszemu przerobić”. Taka była jego filozofia polityczna – śląski realizm polityczny. Wstąpił do partii nie po to, żeby budować socjalizm, ale po to, by walczyć tam o sprawy polskie i śląskie, co zresztą z sukcesem robił po 1956 roku. Tylko IPN nie chce przyjąć tego do wiadomości. Natomiast powodem akcesji Szewczyka do Obozu Narodowo-Radykalnego – zdaniem Zarzyckiego – nie był imputowany mu przez IPN antysemityzm, ale rosnące zagrożenie niemieckie przed 1939 rokiem i chęć przeciwstawienia mu się na gruncie śląskim.

Kazimierz Zarzycki wezwał w swoim liście do obrony placu Szewczyka, ponieważ bierność może doprowadzić do tego, że za jakiś czas będą tam „płonąć jego książki i jego dzieła”. Mówcy podkreślali, że Szewczyk nie był wrogiem „Solidarności”. Kierowane przez niego „Życie Literackie” zajmowało w stanie wojennym pozycję wyważoną. Szewczyk miał odwagę skrytykować pacyfikację kopalni „Wujek” oraz krótkowzroczny nacjonalizm w podejściu władz centralnych do Śląska. Z wielkim entuzjazmem odnosił się do zmian politycznych w Polsce po 1989 roku. O jego poparcie zabiegał wtedy m.in. Ruch Autonomii Śląska, który po śmierci Szewczyka atakował go za stworzenie „fałszywego mitu obrony Wieży Spadochronowej”.

Nie ulega wątpliwości, że przemianowanie placu Szewczyka na plac Kaczyńskich jest zniewagą Ślązaków, których Jarosław Kaczyński pozwolił sobie nazwać (wszystkich) „opcją niemiecką”. Tego oficjalnie nie powiedziano, ale to jest oczywiste. „Wilhelm Szewczyk był nie tylko jednym z najważniejszych regionalnych pisarzy, ale też jednym z kluczowych śląskich intelektualistów. Jego olbrzymi dorobek literacki, publicystyczny, dziennikarski – a także wieloletnia, wytrwała praca na rzecz rozwoju lokalnej kultury – sprawiają, że nie sposób myśleć o Śląsku, pomijając Wilhelma Szewczyka (...). Historia Śląska nie jest jednoznaczna, nie jest czarno-biała, i taka jest też historia Wilhelma Szewczyka. To jednak nie usprawiedliwia dokonywania zmiany nazwy ważnego placu w centrum Katowic bez konsultacji z mieszkańcami i po nocy. Nie zgadzamy się na taki tryb procedowania, który importowany jest na grunt naszego regionu. Z ulicy Wiejskiej, z polskiego Sejmu i Senatu” – napisali do wojewody autorzy petycji o przywrócenie placowi przed dworcem imienia Wilhelma Szewczyka.

Nie mam wątpliwości, że władza, która cały czas zachwyca się sama sobą, ufna w sondaże dające jej 50 proc. poparcia, wyrzuci tę petycję do kosza. Niemniej jednak w Katowicach miało miejsce wydarzenie ważne – pierwszy w Polsce uliczny protest przeciwko tzw. ustawie dekomunizacyjnej. Jeśli cokolwiek wymaga w Polsce dekomunizacji, to nie Wilhelm Szewczyk czy Leon Kruczkowski, ale rządząca partia – usłyszałem od jednego z mówców i podzielam tę opinię.

Bohdan Piętka
Fot. Dziennik Zachodni

Dzial: