Stosunki z Rosją sprawą kluczową

Stomma_FB.jpg
Stanisław Stomma (1908-2005) był klasycznym przedstawicielem realizmu politycznego. Choć daleki był od sympatii do obozu narodowego, uważał Romana Dmowskiego za mistrza polskiej geopolityki – który pozostawił po sobie wielka szkołę myślenia politycznego, na której należy się wzorować.

Wydany właśnie zbiór publicystki Stanisława Stommy jest okazją do przypomnienia jego tekstu z 1994 roku będący ostrzeżeniem przed przyjęciem przez Polskę opcji antyrosyjskiej inspirowanej przez USA. Stomma przestrzegał przed przyjęciem koncepcji Zbigniewa Brzezińskiego, który już wtedy nawoływał do ostrej konfrontacji z Rosją, w której Polska miała odrywać ważną rolę. Co ciekawe, tekst Stommy, noszący tytuł „Sprawy najważniejsze”, nie ujrzał wtedy świtała dziennego. Zapewne uznano, że jest niepoprawny politycznie. Tym bardziej warto go przypomnieć:

„Nie trzeba tłumaczyć, że Polska jako państwo średniej wielkości, posiadające średniej mocy zasoby gospodarcze i militarne, położone na otwartej europejskiej równinie w bardzo silnym stopniu zależne jest od swego otoczenia. Inaczej można to wyrazić, że w bardzo wysokim stopniu losy nasze są zdeterminowane przez sytuację geopolityczną. Upadek komunizmu spowodował głęboki przełom w sytuacji europejskiej. Kraje Europy Środkowej i Wschodniej weszły w stan chaosu, z którego teraz szukają wyjścia.

Otóż, skoro jesteśmy na etapie przełomu i szukamy nowych, trwałych rozwiązań, trzeba mieć odwagę realnego spojrzenia na otwarte problemy. Należy odważnie sięgać do sedna sprawy. Pierwszym zadaniem jest zrozumienie sytuacji ogólnoeuropejskiej na przełomie XX i XXI wieku. Jakie panują tendencje? Ku czemu zmierza Europa?

Załamał się dotychczasowy układ sił i wbrew wymogom rozwoju cywilizacyjnego ery komputerowej, doszło do parcelacji państw. W Europie Środkowej i Wschodniej wzmogły się nacjonalizmy niszczące dotychczasowe struktury federacyjne i wielonarodowościowe. Wymowny przykład to Jugosławia oraz tereny byłego Związku Radzieckiego. Powstają sytuacje chwiejne niedające żadnej gwarancji trwałości (…)

A jak ma być teraz? Czy można przypuszczać, że stan obecnego rozbicia okaże się normalny i będzie trwał? Budując bezpieczeństwo Polski, które ma jej zapewnić spokojną przyszłość, musimy sytuację obecną przemyśleć i zrozumieć, aby działać w zgodzie z koniecznym nurtem historii. Osobiście jestem głęboko przekonany, że stan anarchicznego rozbicia trwać nie może. Widzimy zresztą, jak silne są dążenia do stworzenia nowej stabilizacji. Będą one ulegały stałej eskalacji. Wchodzimy w okres kumulacji państw, który zakończy stan rozbicia.\Współczesna geopolityczna pozycja Polski rysuje się bardzo wyraźnie. Na Zachodzie mamy teraz sytuację spokojną i ustabilizowaną, co stanowi radosną niespodziankę historyczną. Obecne sąsiedztwo z Niemcami nie stwarza żadnych kłopotów i granice są utwierdzone, przez obie strony uznane. Niemcy mają od wielu lat rządy demokratyczne, pokojowe, dobrze wyczuwające swoją europejską odpowiedzialność.

Na naszej wschodniej stronie wygląda to inaczej. Trudno powiedzieć, że za naszą wschodnią granicą mamy sytuację jasną i uregulowaną. Ostatnio zarysowały się sytuacje konfliktowe między Polską a Rosją. Konflikty te na pewno są niepotrzebne, nie mają żadnego geopolitycznego uzasadnienia. Rosja nie ma względem nas żadnych rewindykacji terytorialnych i na pewno w przyszłości nie będzie miała, bo byłoby to absurdalne. Nawet rosyjski demagog Żyrinowski groził nam rewizjonizmem nie rosyjskim, lecz niemieckim. Gdy więc chodzi o nasze własne interesy, żadne niebezpieczeństwo ze strony Rosji nam nie grozi. Rysuje się natomiast możliwość poważnej, wrogiej kolizji w wypadku naszej ingerencji w sprawy Europy Wschodniej, poza naszą wschodnią granicą.
Czego oczekiwać możemy od Rosji? Jak sobie wyobrażamy perspektywy pokojowej koegzystencji Rosji z nami i z innymi państwami, z którymi losy ją związały? Jaka miałaby to być Rosja? Dotykamy tu złożonego problemu, który także w Polsce żywo jest dyskutowany.

Chcielibyśmy, by nowa Rosja była państwem pokojowym, rozwijającym życzliwą współpracę z innymi państwami i narodami. Nowa Rosja powinna by być, na ile to tylko możliwe, państwem wewnętrznie demokratycznym. Oczywiście, trzeba się jednak zgodzić, że nie możemy narzucać Rosji żadnych jej wewnętrznych struktur. Jest samo przez się zrozumiałe, że Rosja przyjmie obecnie system gospodarki wolnorynkowej, bo praktyka udowodniła, że gospodarka etatystyczna rozdzielczo-nakazowa egzaminu nie zdała. Jest też jasne, że państwa naprawdę pokojowe winny mieć struktury naprawdę demokratyczne, gwarantujące kontrolę obywateli.

Wiemy jednak, że historia miała w Rosji inny bieg, niż na zachodzie Europy i w Polsce. Nie wytworzyły się więc żadne demokratyczne tradycje. Rosja musi na drodze demokracji startować od początku, a przeto rozwój dalszy wymaga czasu i cierpliwości. Nieuniknione są formy przejściowe.

Chcemy stworzyć realne gwarancje siły, które by nas ubezpieczały przed wszelkimi niespodziankami ze strony wschodniej. Bardzo słusznie współczesna polityka polska uważa, że gwarancją taką byłoby przyjęcie nas do istniejących struktur międzynarodowych. Do NATO i do Unii Europejskiej. Na razie się to nie udało, ale mamy podstawę, by oczekiwać, że na przyszłość sprawa będzie otwarta. Trzeba jednak zagadnienie to dobrze przemyśleć i stawiać propozycje realne. Trzeba wyraźnie określić, kto miałby być razem z nami włączony do NATO i jak widzimy wschodnie granice Wspólnoty. Bardzo gorąco polecam politykom polskim rozsądne i realistyczne Vademecum w sprawach rosyjskich, opracowane przez sławnego rosyjskiego pisarza i gorącego patriotę, Aleksandra Sołżenicyna. Jeżeli się będziemy kierowali jego wskazaniami i przyjmiemy proponowane tam tezy jako płaszczyznę dyskusji, możemy być pewni osiągnięcia porozumienia z Rosjanami. Sołżenicyn opublikował broszurę programową, która w Rosji jest żywo dyskutowana. Chociaż często przypisuje się mu skłonność do nacjonalizmu, w tej swojej publikacji wykazuje on dużo rozumnego umiaru. Skłonny jest do dużych ofiar terytorialnych, które redukowałyby obszary byłego ZSRR.

Aleksander Sołżenicyn zgadza się, by od dawnego imperium oddzielone zostały trzy republiki bałtyckie: Estonia, Łotwa, Litwa, a także mahometańskie republiki środkowoazjatyckie oraz ewentualnie Zakaukazie: Gruzja, Armenia, Azerbejdżan. Natomiast przeciwny jest separacji Kazachstanu oraz kategorycznie opowiada się za utrzymaniem unii państwowej z Ukrainą i Białorusią. Gdy chodzi o trwały związek Rosji z Białorusią i Ukrainą, dotykamy tu złożonego problemu, który także w Polsce jest żywo dyskutowany.

Plan Sołżenicyna uznać należy za starannie przemyślany i biorący pod uwagę konsekwencje psychologiczne, które w tej chwili w narodzie rosyjskim stanowią czynnik niezmiernie ważny. Sołżenicyn proponuje rozwiązanie, które mogłoby przez jego naród być akceptowane, tworząc przesłanki pokojowego współżycia w Europie Wschodniej. Bo Rosja może się tylko wtedy stać państwem pokojowym, jeżeli jej aspiracje nie będą pogwałcone i naród rosyjski nie będzie się czuł pokrzywdzony i upokorzony.

W przeciwnym bowiem razie zrodziłyby się silne tendencje rewanżowe. Można łatwo stwierdzić od osób, które przybywają z Rosji, że istotnie ambicjonalne patrzenie na sprawy jest bardzo silne. Żaden patriotyczny ruch rosyjski nie zgodzi się na trwałą i całkowitą separację Ukrainy i Białorusi. Patriotycznie usposobieni Rosjanie mniemają, że byłoby to początkiem nowej, długotrwałej wojny wewnętrznej. Przytaczany jest przykład USA, które w roku 1864 nie zgodziły się na secesję Południa, wygrały wojnę i utrzymały jedność. Podobna determinacja przejawiłaby się i w Rosji. Związki historyczne są mocne, przecież chrześcijaństwo i kultura bizantyńska przyszły z Rusi Kijowskiej do Moskwy. Kilka wieków współżycia stworzyło silne związki gospodarcze. Przy tym na Ukrainie mieszka ponad jedenaście milionów Rosjan. Trwała separacja prowadziłaby do pęknięcia Ukrainy, zapewne wzdłuż Dniepru. Administracyjne granice Ukrainy sięgają przecież aż po Don, zaś Białorusi pod Smoleńsk. W wypadku rozstania z tymi krajami, Rosja traciłaby charakter państwa europejskiego.

Słusznie liczymy na to, że Rosja będzie się musiała mocniej zaangażować w Azji, troszcząc się o trwały pokój na zapleczu europejskim. Ale gdyby miały grozić daleko idące amputacje na zachodzie, musiałby się rozpętać rewizjonizm antyeuropejski. Oczywiście nie ma mowy, aby nowe związki Rosji z Białorusią i Ukrainą mogły być powtórzeniem rozwiązań z czasów carskich albo komunistycznych. Może chodzić tylko o unię w nowym stylu, zapewniającą szeroką odrębność każdego z tych trzech krajów. Jest natomiast zrozumiałe, że w wypadku tworzenia struktur ponadnarodowych, każde państwo musi ponieść ofiarę, rezygnując z części swej suwerenności na rzecz tworzonej syntezy.

Zakładamy tutaj dwa syntetyczne organizmy europejskie: Europę Zachodnią i Środkową oraz Europę Wschodnią. Ważne jest rozgraniczenie tych dwóch wspólnot. Jest wykluczone, aby mogły one przebiegać nad Donem lub pod Smoleńskiem. I dlatego obok innych przyczyn Ukraina i Białoruś nie mogłyby się znaleźć po stronie zachodniej. Ale również granice te nie powinny przecinać zwartych terenów etnicznych ludów tam zamieszkały. A więc nie mogłyby to być granice z roku 1939, dzielące tereny i białoruskie, i ukraińskie. Z konieczności zdecydować się należy na granice obecne. Biegną one mniej więcej wzdłuż rzeki Niemen, Bug, San, dalej wzdłuż Karpat i rzeką Dniestr do Morza Czarnego.
Osobną kwestię stanowią trzy republiki bałtyckie: Estonia, Łotwa, Litwa. Ich niepodległość i neutralność mogłyby zagwarantować instytucje międzynarodowe, np. NATO. Rzecz jasna, republiki bałtyckie nie mogłyby stanowić zapory oddzielającej Europę Wschodnią od Bałtyku, ale powinny spełniać rolę pomostu, gwarantując ułatwienia komunikacyjne, celne itd.

Ta bardzo ważna sprawa została już przez wydarzenia historyczne rozstrzygnięta. Na długo przed upadkiem komunizmu zaczął się przecież proces scalania Europy Zachodniej. Powstało NATO, wiążące zachód Europy z Ameryką, oraz Europejska Wspólnota Gospodarcza, skupiająca dwanaście państw, których liczba wzrośnie niebawem do szesnastu. To są fakty nieodwracalne. Otwarta pozostaje więc kwestia Europy Środkowej i Wschodniej. Rysują się cztery możliwe rozwiązania:

1) Rozciągnięcia dotychczasowych struktur łączących zachód Europy na cały nasz kontynent.
2) Zespolenie państw Europy Środkowej, a więc państw należących do porozumienia zwanego Wyszehradem, z częścią państw za naszą granicą wschodnią: Ukrainą, Białorusią i państwami bałtyckimi i utworzenie w ten sposób strefy przejściowej między wschodem i zachodem Europy. Byłoby to zrealizowanie marzeń przedwojennych polskich kręgów związanych z sanacją i utworzenie tzw. Międzymorza, czyli jak to wtedy planowano związku państw między Niemcami a Rosją, sięgającego od Finlandii do Grecji.
3) Powrót do sytuacji sprzed roku 1989 i związanie na nowo, choć z koniecznymi korekturami (Niemcy Wschodnie) Europy Środkowej ze Wschodnią.
4) Związanie Europy Środkowej z Zachodnią i stopniowe scalenie ich ze sobą, a obok tego osobno, stworzenie związku państw Europy Wschodniej. Przy tym, naturalnie, należałoby dążyć do pokojowego uporządkowania współżycia tych dwóch europejskich bloków. Między Wschodem i Zachodem mogłyby się tworzyć łącznikowe instytucje natury prawnej i gospodarczej.

Można od razu powiedzieć, że kombinacje zarysowane tutaj jako 1), 2) i 3) nie mogą wchodzić w grę i muszą być a limine odrzucone. Różnice między stosunkami nad Renem i nad Wołgą są tak ogromne, że absurdem byłoby wpychanie krajów tak odmiennych i odległych w jedną strukturę. Trudno by przecież kraje nad Jenisejem lub Irtyszem nazwać Europą Zachodnią.

Pas krajów leżących między Rosją i Niemcami nie byłby atrakcyjny dla obecnej Europy Środkowej, czyli państw należących do Wyszehradu, które nic by nie zyskiwały, a uległyby zagrożeniu od strony wschodniej, bo Rosja na taką konfigurację nigdy by się nie zgodziła. Przed wojną komuniści rosyjscy, ale także i emigracja rosyjska, pas taki traktowali jako „kordon sanitarny" zwrócony przeciwko Rosji. Gdyby rozwiązanie takie zaistniało, Rosja oczywiście starałaby się je storpedować, proponując Niemcom powrót do systemu równowagi z lat 1815-1914, co później, po roku 1922 nazwane zostało porozumieniem Rapallo1. Utworzenie „Międzymorza" implikuje od razu politykę Rapallo. Pisze się „Międzymorze", czyta się „Rapallo". Otóż myśląc obiektywnie trzeba stwierdzić, że rozwiązanie takie posiada i dla Rosji, i dla Niemiec swoiste korzyści.

Koncepcja ad 3) jest niemożliwa, ze względu na złe doświadczenia komunizmu. Rozwiązanie to było stosowane i egzaminu nie zdało.

My, Polacy, znajdujemy się na rubieży tych dwóch światów w Europie, toteż czy chcemy, czy nie chcemy – spada na nas duża część odpowiedzialności za realizację jakiegoś wzorca współżycia tych dwóch bloków. Proszę darować słowa niepopularne i nieopromienione żadną aureolą sukcesu, ale jest to naprawdę nasza misja dziejowa. Powinniśmy więc opracowywać plany pokojowego współżycia Europy Zachodniej i Wschodniej. Oczywiście, życie będzie przynosiło niespodzianki i będzie dezawuować niektóre propozycje, ale pomimo wszystko trzeba mieć wytyczne orientacyjne i to już dziś.
W „Tygodniku Powszechnym” nr 10 z 6 marca 1994 został opublikowany obszerny artykuł [Zbigniewa Brzezińskiego] pod tytułem „Przedwczesne partnerstwo! Ameryka Rosja”, który równocześnie ukazał się w amerykańskim miesięczniku „Foreign Affairs”. Równoczesne ogłoszenie tej wypowiedzi w Polsce i w USA dowodzi, że autor przywiązuje do niej duże znaczenie. Czytając wywody p. Brzezińskiego odczuwamy od razu, że mają ono sens głęboko antyrosyjski. Autor obawia się następstw przychylnej dla Rosji polityki prezydenta Clintona i stara się ją storpedować. Nie potrzebowałbym się wypowiadać w tej kwestii, ale wnioski Brzezińskiego wkraczają głęboko w zakres polityki polskiej.
Zbigniew Brzeziński oświadcza, że zgadza się pod pewnymi warunkami na partnerstwo USA z Rosją, ale precyzuje warunki tak twardo i bezwzględnie, że każdy patriotycznie myślący Rosjanin musi je z oburzeniem odrzucić. Żadnego, nawet pokonanego narodu nie da się utrzymać pod ciśnieniem stałej presji, upokarzając jego ambicje i z góry stawiając granice jego możliwościom rozwojowym tam, gdzie nie kolidują one z żadnym kodeksem praw humanitarnych ani boskich, ani ludzkich.

U Brzezińskiego czytamy: „Czym jest Rosja? Czy Rosja jest przede wszystkim państwem narodowym, czy też wielonarodowym imperium? Wyniki sondaży pokazują, że mniej więcej dwie trzecie ludności Rosji, w tym demokratycznych polityków, uważa rozpad Związku Radzieckiego za tragiczny błąd, który jakoś trzeba naprawić. A przecież wszelkie działania zmierzające ku odtworzeniu w jakiejś formie imperium, tłumiące rozbudzone aspiracje narodów nierosyjskich, z pewnością kolidowałyby bezpośrednio z działaniami na rzecz utrwalenia w Rosji demokracji. Można to podsumować prostym, ale nieodpartym twierdzeniem: Rosja może być albo imperium, albo demokracją, lecz nie jednym i drugim naraz. Co więcej, działania na rzecz odtworzenia imperium rosyjskiego, podtrzymania go siłą lub uzależnieniem ekonomicznym, skazałyby Rosję nie tylko na ustrój dyktatorski, ale także na społeczną nędzę. Niestety jednak odruch imperialny pozostaje silny, a nawet wydaje się przybierać na sile”.

W sformułowaniach tych zawarty jest podwójny zakaz dla Rosji. Rosja nie ma prawa być ani imperium, ani państwem ponadnarodowym. Imperium – to sprawa sporna, bo różnie termin ten może być rozumiany. W swojej najnowszej pracy naukowej na ten temat prof. Aleksander Gieysztor wymienia różnego rodzaju imperia: dawne rzymskie, otomańskie, imperium polsko-litewskie za panowania Jagiellonów, Imperium Brytyjskie, Imperium Austro-Węgierskie do 1918 roku. A więc różne były imperia pokojowe i despotyczne, absolutystyczne, ale także liberalne. Austro-Węgry po roku 1866 były imperium wielce liberalnym, wzorowo respektującym prawa człowieka i polityczne struktury demokratyczne.

Gorzej wygląda zakaz budowy państwa ponadnarodowego. Przecież Rosja, ta obecna mocno okrojona, jest z natury rzeczy państwem wielonarodowym. Rosyjscy etnografowie wyliczają ponad sto narodów, które żyją w granicach państwa rosyjskiego. Więc co? Co z tym zrobić? Wycinanie z mapy państwa wszystkich terenów, zamieszkałych przez obcą ludność, doprowadziłoby do tego, ze państwo przybrałoby obraz sita składającego się z niekończącej się ilości dziur. Nie zgodzi się na to żaden przytomny Rosjanin. Po cóż więc formułować takie drakońskie twarde zakazy. Brzeziński pisze dalej:

„Kluczową sprawą, która w roku 1994 może przybrać dramatyczny obrót, jest przyszła stabilność i niezależność Ukrainy. Należy zdecydowanie podkreślić, że bez Ukrainy Rosja przestaje być imperium i na odwrót: podporządkowawszy sobie Ukrainę automatycznie imperium się staje. (...) Jest zatem pilne i w 1994 roku niezbędne, aby Stany Zjednoczone podjęły poważny wysiłek - obiecując znaczne wsparcie ekonomiczne - na rzecz wprowadzenia przez rząd ukraiński długo opóźnianych i dramatycznie potrzebnych refom. Pomocy gospodarczej powinny towarzyszyć amerykańskie gwarancje polityczne dla Ukraińskiej niepodległości i nienaruszalności terytorialnej”.

Jak widać, autor wzywa rząd USA do bezpośredniej interwencji w sprawy Europy Wschodniej. Chce on, aby rząd Stanów Zjednoczonych stwarzał bezpośrednie fakty dokonane. Pytamy, czy nie byłby to imperializm czystej wody. Znamienne, że Brzeziński postuluje niezmienność granic Ukrainy, a przecież granice te zostały arbitralnie wyznaczone przez dyktaturę komunistyczną rezydującą na Kremlu. A jeżeli granice te nie odpowiadają woli miejscowej ludności? Bo na pewno większość obywateli Połtawy czy Donbasu mówi po rosyjsku i może woleć Rosję niż Ukrainę. To co? Jak ma być realizowana zasada samostanowienia narodów? Z tekstu Brzezińskiego wynika, że nie pozwala on ludności rosyjskiej odwoływać się do tej zasady. Ta skrajna antyrosyjskość wydaje się wskazywać na emocjonalne podłoże wywodów Brzezińskiego.

Zająłem się obszernie sprawami rosyjskimi, bo one wyraźnie stają się dla nas kwestią kluczową. Może niektórzy tego nie dostrzegają, ale konflikt z Rosją na pewno narazi na szwank naszą stabilizację. Oparciem naszym są w tej chwili Niemcy, które prowadzą obecnie politykę rozumną i nam przychylną. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że jest to polityka nowa, która nie uzyskała jeszcze mocnych, tradycyjnych fundamentów, nie należy jej więc narażać na niebezpieczne pokusy. Nasze uwikłanie się w niepotrzebne konflikty z Rosją będzie nas osłabiało, a równocześnie wzmoże się intensywność rosyjskich ofert zalecających powrót do obiecująco rysującej się równowagi Rapallo. Na pewno zaś każdą politykę można proponować w atrakcyjnym opakowaniu, zręcznie ukrywając jej kolce.

Rosjanie popełnili ostatnio wielki błąd, ingerując w nasze stosunki z NATO i Wspólnotą Europejską. Odezwały się jakieś przestarzałe, niezrewidowane stereotypy. My mamy wobec Rosji uzasadnione zarzuty z tytułu dawnych doświadczeń z caratem, i jeszcze bardziej bolesne, wynikające ze straszliwych zbrodni komunizmu. Ale patrząc w przyszłość, chcemy myśleć konstruktywnie.

Gdy generał de Gaulle jako prezydent Francji wielokrotnie powtarzał hasło „Zjednoczona Europa do Uralu", opinia polityczna na zachodzie nie negowała tej idei, ale podkreślała, że są to plany trudne i na bardzo odległą przyszłość. Nie zdawano sobie jeszcze sprawy, jak zawrotnie szybko biegnie czas historyczny w naszej epoce. Teraz wizja de Gaulle`a staje przed nami jako problem realnie możliwy, niemal konieczny. Oczywiście problem trudny, w którym centralną sprawą jest Rosja. Bo nie można ani wyrzucić Rosji poza Europę, ani wcielić w zjednoczone struktury zachodnie olbrzymich terenów rosyjskich w Azji. A jednak trzeba znaleźć rozwiązanie. Chyba w zasięgu naszego politycznego realizmu narzucać się musi wzorzec dwóch demokratycznych wspólnot europejskich, współżyjących ze sobą pokojowo i stopniowo budujących mosty. Wyrazem tego przekonania są powyższe uwagi”.
AAN, ASS, sygn. 158, 1994, bp.

Cyt. za: S. Stomma, „Pisma wybrane 1931-2003” (wstęp i wybór Radosław Ptaszyński), t. III, Kraków 2017, ss. 417-427.

Dzial: