Wirus narodowego fetyszyzmu

sanocki 2_2.jpg

W religioznawstwie fetyszyzm to pierwotna forma religii polegająca na przypisywaniu mocy magicznej przedmiotom wytworzonym przez człowieka. Taki przedmiot – fetysz – staje się potem dla murzyna czy jakiego innego Papuasa – przedmiotem kultu. W seksuologii – z kolei – to forma zaburzenia popędu i skierowania go na przedmiot kojarzący się z prawdziwym obiektem pożądania. Np. zamiast kobiety fetyszysta podnieca się dotykając część kobiecej garderoby. To mu wystarcza.

Obawiam się, że duża część naszych polityków zapadła na swego rodzaju fetyszyzm polityczny, połączony z masochizmem, który u nas ma długą tradycję. Wszak cała nasza mitologia narodowa to rozpamiętywanie przegranych bitew, wywołanych bezmyślnie powstań i ofiar. My nie cenimy za bardzo zwycięstw. Tak oto za prezydenta Lecha Kaczyńskiego powstało w Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego, a nie np. Bitwy Warszawskiej z 1920 r. Bo Powstanie było straszliwą klęską, a Bitwa 20 roku zwycięstwem.

Masochista narodowy wybierze oczywiście jako przedmiot kultu – klęskę. A co ma robić masochista narodowy w kraju, którego nikt nie dręczy, nikt nie okupuje?
Musi znaleźć jakieś rozwiązanie zastępcze. W miejsce prawdziwego wroga i okupanta podstawić jakiś fetysz – przedmiot symbolizujący prześladowanie i cierpienie, bez którego masochista żyć nie potrafi. Takimi fetyszami stały się najpierw – dla naszych masochistów postsowieckie pomniki postawione na cześć Armii Czerwonej.

Nie ma rozstrzeliwań, zsyłek, rewizji – ale są pomniki. To co, że postawione jakimś tam Waniom, Akseniom czy Wierom którzy tu zginęli walcząc z naszym prawdziwym wrogiem – hitlerowskimi Niemcami. Pomnik to pomnik – fetysz cierpienia – proces jego burzenia trwa wiele miesięcy. Najpierw trzeba podjąć ustawę, potem decyzje na dole i wreszcie łup – wyburzamy. Przez ten czas nasz fetyszysta przeżywa rozkosz. W tym samym czasie pomniki Armii Czerwonej stoją spokojnie w Austrii, Czechach, Niemczech i nikomu tam nie przeszkadzają. Tamte narody nie są masochistyczne, nie rozpamiętują klęsk z lubością i pomniki są dla nich zwykłą częścią architektury i świadectwem przeszłości, a nie fetyszem. My narodowi masochiści inaczej patrzymy na świat. Po pomnikach musiała przyjść kolej na nazwy ulic i ludzi w jakikolwiek sposób związanych z okresem komunizmu. I Armia LWP, która zdobyła Kołobrzeg jest niedobra i trzeba jej nazwę pousuwać z tego miasta.

Podobnie symbolem fetyszyzmu politycznego stali się obrońcy podkarpackiego miasteczka – Birczy – milicjanci, żołnierze LWP, ORMO i Milicji Obywatelskiej, którzy w styczniu 1946 r. bronili miasteczka przed Ukraińską Powstańczą Armią. Tablica pamiątkowa, która miała zawisnąć na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie została ocenzurowana i „Obrońcy Birczy” zostali z niej wykreśleni. Byli to wszak żołnierze i milicjanci „komunistyczni”.

Dla fetyszysty ich upamiętnianie jest niemożliwe. Powinni byli pozwolić upowcom wymordować ludność miasteczka i wtedy byłoby wszystko dobrze. Przypadek Birczy to nie ostatnie słowo naszych fetyszystów. Jakiś tydzień temu dotąd rozsądny wicepremier polskiego rządu zapowiedział, że jego marzeniem jest wyburzenie Pałacu Kultury i Nauki – jako „symbolu zniewolenia”. Powtórzył to skądinąd ceniony przeze mnie publicysta – Rafał Ziemkiewicz w prorządowym tygodniku. Jak z przypadku Ziemkiewicza widać: „fetyszyzm narodowy najzacniejsze trafia głowy”. Może to wirus jakiś jest jego przyczyną?

Pomysł wyburzenia Pałacu Kultury, tylko dlatego, że powstał w czasach Stalina jako „dar narodu sowieckiego” da się wytłumaczyć tylko fetyszyzmem połączonym z masochizmem. Nie ma bowiem nic przecież wspólnego z jakąkolwiek kategorią racjonalnego myślenia. Ani z ekonomią, ani z interesem politycznym Polski. W tym samym czasie kiedy u nas rozprzestrzenia się wirus fetyszyzmu czeski prezydent Miłosz Zeman w Moskwie podpisuje z Putinem umowy gospodarcze zapewniające jego krajowi wymierne korzyści.

Janusz Sanocki, poseł na Sejm RP