Bałtyckim szlakiem (5)

Mannerheim.JPG
Dopływając do Helsinek ostrzyliśmy sobie zęby na piękne widoki, niestety, potężna mgła spowodowała, że do portu wchodziliśmy (z naszego punktu widzenia) po omacku. Szybko i sprawnie opuszczamy prom i terminal. Jest piątek, około godziny 9.30. Przed nami osiem godzin, podczas których będziemy się starali dowiedzieć czegokolwiek o Finlandii. Niemożliwe? Dla chcącego nie ma nic trudnego.

Na początek świadomie podejmujemy ryzyko opuszczenia Helsinek. Chcemy mówić później, że byliśmy w Finlandii, a nie tylko w Helsinkach. Kierunek wschód, wyglądająca na dostojną wiekowo autostrada, ruch minimalny, jazda to czysta przyjemność. Co by tu odwiedzić, aby zdążyć jeszcze i zobaczyć stolicę? Znajduję miasteczko Porvoo położone nieco ponad 50 km na wschód od Helsinek. Żelazny punkt przewodników turystycznych.

Dlaczego nie? Porvoo słynie z zachowanego w XIX-wiecznej formie starego miasta (Vanha Porvoo), kwartału składającego się z kilku ulic, urokliwego rynku wyłożonego kocimi łbami i kostką. Zabudowa jest tu drewniana, różnokolorowe domy prezentują się pięknie, zwłaszcza w promieniach ciepłego finlandzkiego (jak to mówiono jeszcze przed wojną) słońca. Sklepy, kafejki, knajpki, rzemiosło, stragany, suweniry. Jest gwarnie i sympatycznie. Stare miasto z jednej strony opiera się o rzekę. Stoją tam charakterystyczne domki w kolorze ciemnego mahoniu.

nabrzeże w Porvoo.JPG
Nabrzeże w Porvoo

W Porvoo warto zobaczyć także katedrę i stary dworzec kolejowy. Uwieczniam stare miasto na zdjęciach i czas w drogę. Autostradą wracamy do Helsinek. Niestety, na drodze wjazdowej w pewnym momencie spotykamy remonty. Nawigacja wariuje. Mając szczegółowy plan jedynie centrum miasta musimy jej zawierzyć. Po kilkunastu minutach już wiemy, że coś poszło nie tak. Okolica robi się coraz mniej zabudowana, w końcu tracimy łączność z nawigacją, a droga kończy się… nabrzeżem bez barierek ochronnych. Jesteśmy na jednej z wysp, na których leżą Helsinki. Powoli, kierując się intuicją, doganiamy zasięg i po zresetowaniu nawigacji wracamy na właściwą trasę. Cóż, nasz błąd i to jak się okazuje, bolesny.

Stracimy szanse na odwiedzenie wielkiej atrakcji – twierdzy Suomenlinna położonej na kilku wysepkach. Czas jest jednak nieubłagany – nie ma mowy, abyśmy zdążyli odbyć podróż morską w obie strony licznymi niedużymi promami i jeszcze obejść wyrastające ze skalistego podłoża mury fortecy. Mówi się trudno. Zgodnie z planem kierujemy się do centrum. Parkujemy w najdroższej strefie parkowania. Można tu postawić samochód najwyżej na cztery godziny. No i trzeba za to słono zapłacić – ok. 70 zł. Idziemy na wyspę Katanajokka, która leży pomiędzy dwoma nabrzeżami. Wznosi się tam prawosławna świątynia Zaśnięcia Matki Bożej, czyli 42-metrowej wysokości Sobór Uspienski z 1868 r. Położona dodatkowo na wzgórzu dominuje nad okolicą masywną sylwetką i soczystym kolorem czerwonych cegieł. Wraz z katedrą luterańską świecącą bielą i również położoną na wzgórzu przy Placu Senackim, stanowią parę dominujących nad starym miastem kościołów. Tradycyjnie, kościół prawosławny otwarty jest dla każdego bez opłat.

Na zewnątrz, wokół Uspienskiego napotykamy na instalację „Colours of orthodoxy – Kolory prawosławia”, której tematem są położone w Polsce klasztory prawosławne. W kierunku Placu Senackiego idziemy przez nabrzeże portowe starego miasta z bazarem i obeliskiem ku czci cesarzowej Aleksandry, żony Mikołaja I. Do centralnego placu prowadzą krótkie, dość wąskie ulice, niemal każda z komunikacją tramwajową. Tramwaje królują na helsińskim starym mieście, są wszędzie, cały czas jakiś znajduje się w polu widzenia, co chwila rozbrzmiewają ich dzwonki. W gorącym słońcu i przy błękitnym niebie Plac Senacki robi wielkie wrażenie, tramwaje, autokary, turyści chodzący we wszystkich kierunkach (niezawodni Chińczycy!). Finlandia to kraina tysiąca jezior. Trzech chłopaków grających na środku Placu Senackiego doskonale wyczuwa atmosferę (szalejący Chińczycy!) i kontekst. „One, two, three” i leci cover „Land of thousand dances (“Kraj tysiąca tańców”) Wilsona Picketta. Dobrą muzykę grają w odwiedzanych przez nas stolicach!

Klasycystyczna zabudowa Placu Senackiego z luterańską katedrą, dawnym budynkiem senatu i uniwersytetem robi monumentalne wrażenie. Tu jednak chciałbym zatrzymać się na moment na zasadniczej różnicy pomiędzy mentalnością fińską, a polską. Plac Senacki zdobi stylowy pomnik cara Aleksandra II, ulica Aleksandra jest najważniejszą ulicą starego miasta, o obelisku cesarzowej na bazarze już wspominałem. Dla Finów nie jest to żaden problem. Nie stali się przez to mniej Finami, nie uchybiło to ich godności i honorowi. A przecież Wielkie Księstwo Finlandii istniejące od 1809 r. (to parlament fiński zwołany w Porvoo uznał władzę zwierzchnią Aleksandra I i nadał mu tytuł wielkiego księcia), i jego losy, w wielu aspektach są bardzo podobne do losów Królestwa Polskiego powstałego w 1815 r. A jednak Finowie nie potrzebowali krwawych powstań, żeby pozostać Finami.

Rosja wielokrotnie łamała postanowienia z Porvoo, wykazując tendencje ograniczające autonomię, jak i prowadząc przed 1863, jak i zwłaszcza po śmierci Aleksandra II politykę rusyfikacyjną. Rok 1863 był przełomem. Dla nas rok wielkiego zrywu i wielkiej klęski, dla Finlandii oznaczał początek procesu poszerzania autonomii, poprzez upowszechnienie języka fińskiego w urzędach, uzyskanie szeregu koncesji, z wprowadzeniem własnego systemu monetarnego i własnej armii na czele. Także ówczesny rozwój infrastruktury Finlandia zawdzięczała polityce Aleksandra II. Jeżeli pomyślimy, że ten sam rok, dzięki polityce Aleksandra Wielopolskiego mógł nam przynieść poszerzenie, a w zasadzie przywrócenie szeregu praw i wolności utraconych po powstaniu 1830 r., to tym mocniej powinniśmy zrozumieć tragizm i błędność decyzji o wywołaniu powstania styczniowego.

W tym samym roku jeden naród poczynił wielki krok ku wolności, kiedy drugi wybrał zagładę polityczną, zagładę stanu szlacheckiego i infrastrukturalne cofnięcie cywilizacyjne. Zamiast pogrążać się także dziś w patosie płytkich haseł, i odrzucać jakąkolwiek refleksję nad własnymi błędami, rozsądek i wyciąganie wniosków zastępujemy mitomanią. Finowie nie są gorszymi od nas patriotami z powodu pomnika Aleksandra II w samym centrum ich stolicy. My nie potrafimy nawet docenić Aleksandra I, po 1815 r. uważanego za „wskrzesiciela Polski”, i na którego cześć powstało „Boże coś Polskę”…

Ulica Aleksandra prowadzi do młodszych części stolicy Finlandii. Neoklasycyzm ustępuje miejsca zabudowie secesyjnej. Ponieważ czas nas goni, przechodzimy tylko obok wielkiego budynku dworca głównego, wspaniałego przykładu fińskiej secesji. Aleją Mannerheima dochodzimy do konnego pomnika słynnego marszałka i męża stanu. Carl Gustaf Emil Mannerheim, wielki polityk-realista również, a może przede wszystkim, powinien budzić u nas Polaków głęboką refleksję. Prowadząc skutecznie Wojnę Zimową z ZSRR, lawirując w aliansie z Hitlerem, w 1944 r. zrozumiał, że nie jest w stanie powstrzymać rozpędzonej Armii Czerwonej.

Do Hitlera pisał: „Być może naród, który ma 90 milionów ludzi, jest na siłach, by toczyć taką walkę. Finowie jednak już są wykrwawieni i niezdolni do dalszej walki. (…) Nie możemy pozwolić na dalszy rozlew krwi, który zagroziłby istnieniu niewielkiej Finlandii”. Za zgodą parlamentu podjął rokowania ze Stalinem. Efektem był traktat pokojowy z ZSRR, bardzo trudny dla Finlandii, na mocy którego Finowie utracili Karelię, Sallę i Petsamo, musieli zapłacić wysokie reparacje, wreszcie Armia Radziecka na dwanaście lat zainstalowała w Porkalli niedaleko Helsinek swoją bazę. Ale o dziwo, i wbrew panującej u nas propagandzie –ZSRR dotrzymał postanowień traktatu. Finlandia nigdy nie była okupowana, a Armia Radziecka opuściła jej terytorium już w 1956 r., choć wg umowy dzierżawa opiewała na 50 lat.

Stalin wysoce cenił Mannerheima, a w 1947 r. powiedział nawet delegacji fińskiej, że wszystko zawdzięczają swojemu staremu Marszałkowi. Czy my, Polacy możemy sobie choćby wyobrazić poprowadzenie polityki polskiej w czasie II wojny światowej wobec ZSRR w podobny sposób? Niestety, nie. Sikorski, który cieszył się również osobistą sympatią Stalina, nie podjął rozmów o korekcie granicy ryskiej. Z jednej strony sam nie wyobrażał sobie takich negocjacji, z drugiej, opozycja ogłosiła by go zdrajcą sprawy narodowej, czemu towarzyszyły by wymyślne epitety. Emigracyjny zamach stanu nie byłby wykluczony. Przyczyna tego stanu rzeczy jest oczywista – nasze elity polityczne myślały (i myślą) skrajnie nierealistycznie w kategoriach niemiłościwie nam panującej doktryny „wszystko albo nic”. Próby podnoszenia odmiennego poglądu zbywa się stwierdzeniem, że i tak ZSRR nie dotrzymałby układów. Przykład Finlandii i wielkiego męża stanu marszałka Manerheima dowodzi, że to nieprawda. Ale Polsce żadne przykłady nie pomogą dopóki nie zmienimy najważniejszego – naszej autodestrukcyjnej mentalności.

secesja.JPG
Helsinki - secesja

Tymczasem pędząc per pedes ulicami Helsinek dochodzimy do słynnego luterańskiego Kościoła Skalnego (Temppeliaukion kirkko), powstałego w 1969 po wysadzeniu skały dynamitem. Ryzyko czasowe odbija się na naszych planach – w świątyni trwa ślub, a my nie możemy czekać. Jesteśmy w końcu świadkami wyjścia orszaku ślubnego z kościoła. Oddychamy z ulgą – to ślub tradycyjny. Zadziwia nas, że zamiast do wymyślnych limuzyn para młoda wraz z gośćmi udaje się w dalszą drogę piechotą. Niestety, gospodarze kościoła muszą jeszcze posprzątać. Tracimy szansę na wejście do środka i ruszamy w drogę powrotną. Do nabrzeża przy starym mieście dochodzimy od drugiej strony przez park Esplanada, obok pomnika poety Johana Ludwiga Runeberga i pięknej fontanny z pomnikiem nimfy w centrum.

Kilkunastominutowy odpoczynek i wracamy do samochodu, gdyż właśnie upływają cztery godziny od zaparkowania. Jedziemy do terminalu promowego. Ciekawostką jest, że niemal po samo miejsce cumowania statków biegnie linia tramwajowa. Kończymy nasze osiem godzin w Finlandii. Napięty do maksimum plan, kłopoty po drodze i ślub spowodowały, że nie wszystko nam się udało zobaczyć. Tak bywa. Dlatego zachęcam każdego, kto nie zna Finlandii a jest nią zainteresowany, do zaplanowania dłuższego pobytu, mając oczywiście świadomość zupełnie innych, dużo wyższych cen od tych u nas i w krajach bałtyckich (np. benzyna 1,5-1,6 Euro, woda 2 litry 4 Euro). Jednak warto wyskoczyć również na jednodniową wyprawę promową.

My pojechaliśmy samochodem, żeby nie być uzależnionym od komunikacji miejskiej i chcąc wyjechać poza stolicę, ale w letni dzień znakomitym rozwiązaniem wydaje się poranny rejs promem z powrotem zaplanowanym na godzinę, nie tak jak my 19.30, ale późniejszą, np. 21.30. W centrum Helsinek będzie można wówczas spędzić bardzo sympatyczny dzień, pełen wrażeń estetycznych. Jeszcze jedna uwaga – w Helsinkach widać niewielką liczbę imigrantów na ulicach. Na razie, jak się wydaje, nie są oni jeszcze problemem. Do Tallina wracamy pięknym letnim wieczorem, siedząc na otwartym pokładzie na rufie statku i obserwując bałtycki zachód słońca.

Koniec
Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 47-48 (19-26.11.2017)

Dzial: