To nie jest „endecka robota”

mw.jpg
Nieżyjący już prof. Wiesław Chrzanowski po jednej z kolejnych edycji Marszu Niepodległości skomentował jego przebieg następującymi słowami: „Bojówka potrzebna jest w każdej partii, nie może ona jednak nią kierować”. Myślę, że podobna refleksja nasuwać się może także i po tegorocznej odsłonie cyklicznego już wydarzenia.

Organizatorzy Marszu jakby zapomnieli, że poza treścią głoszonych haseł i postulatów trzeba pamiętać również i o formie, w jakiej są one wyrażane oraz o wrażeniu, jakie mogą wywołać u potencjalnego odbiorcy. A te były jakby żywcem wyjęte z „dymiących” stadionów piłkarskich (być może wskazuje to na skład osobowy uczestników Marszu?). Innymi prawami rządzi się widowisko sportowe, innymi zaś akcja społeczno-polityczna. Chcąc, aby głoszone postulaty były wysłuchane i obecne w publicznej debacie, nie można zapominać o ich właściwej oprawie.

Nie czynię organizatorom i uczestnikom opisywanego wydarzenia zarzutu z większości podnoszonych postulatów, takich jak sprzeciw wobec napływu do Polski i Europy imigrantów, czy przeciwstawianie się lobby homoseksualnemu. Chodzi jednak o to, aby słuszne hasła i zawołania były traktowane także przez innych poważnie i z uwagą, a nie z góry odrzucane, chociażby ze względu na wspominaną już, towarzyszącą im poetykę stadionu. Jasne jest dla mnie także, że partia rządząca większości nabrzmiałych problemów, które stoją obecnie przed Polską, nie rozwiązuje. Nie rozwiąże m.in. także sprawy napływu imigrantów, powiem więcej, uważam, że prowadzi w tej mierze jedynie politykę pozorów. Nie zgadzając się bowiem na przyjmowanie osób z Bliskiego Wschodu, równocześnie wspiera przyjmowanie przez Polskę przybyszów z Indii oraz innych egzotycznych zakątków świata.

Traktując państwo jednolite narodowo jako wartość, nie tylko w sferze głoszonej ideologii, ale również w odniesieniu do praktyki dnia codziennego, musimy jednoznacznie przeciwstawiać się podobnym praktykom. Rzeczywistość państw zachodniej Europy niemal każdego dnia daje dowody na słuszność podobnego stanowiska. Jednak aby traktowano nas poważnie, musimy sobie na to zasłużyć. Akcje środowisk narodowych nie mogą przybierać kształtu młodzieńczego wybryku czy stadionowej ustawki. To, że jesteśmy obecnie świadkiem podobnego zjawiska, w dużej mierze jest pokłosiem braku jakiegokolwiek zwierzchnictwa nad „maszerującą młodzieżą”.

Podczas gdy dawne władze Ruchu Narodowego pogrążyły się w wewnętrznych swarach, podsycanych kolejnymi rozłamami, młodzież pozostawiona sama sobie stała się „sterem, żeglarzem i okrętem”. Jeszcze w czasach LPR-u, gdy kładzione były podwaliny pod późniejszy fenomen Marszu, kierownictwo partii czuwało, aby pewne treści, hasła i zachowania nie były aż nazbyt widoczne i nadmiernie eksponowane.

Obecny Marsz to żywioł. Nasuwa mi się tu pewna analogia, która, jak sądzę, może być miła dla większości uczestników Marszu, z heroizowanymi przez nich „żołnierzami wyklętymi” z NSZ i NZW, których niemała część pozbawiona była jakiejkolwiek kontroli ze strony zwierzchnich formacji politycznych, na czele ze Stronnictwem Narodowym. Na marginesie otwarta pozostaje kwestia, na ile w związku z tym niektóre ich akcje i działania obciążają dziś konto endecji? Nie ma to jednak i tak wielkiego znaczenia, gdyż w powszechnym odbiorze składają się one na jeden obóz polityczny. Podobnie jest i dziś. Historyczne nazwy występujące coraz częściej w publicznej debacie, tj.: Ruch Narodowy, MW, ONR, NSZ, tworzą wśród większości społeczeństwa dojmujące przekonanie, że wszystko to „endecka robota”.

Dużo istotniejsze jest jednak co innego. Tym czymś jest próba odpowiedzi na następujące pytanie, czy chcąc wytyczać Narodowi dalekosiężne cele i kierunki, roszcząc sobie prawo do definiowania interesu narodowego, należy dążyć, aby swoimi działaniami wzbudzać powszechny szacunek i zaufanie, jak nie przymierzając Roman Dmowski przed I wojną światową, czy też wywoływać u rodaków strach, zakłopotanie lub też, co gorsza, jedynie uśmiech politowania?

Maciej Motas
fot. profil fb MW