Reparacje czy prezenty dla Niemców (3)

war_1.jpg
„Polska powinna już dawno się o to ubiegać, bo reparacje wojenne się po prostu Polsce i Polakom należą. Trudno znaleźć drugi kraj w Europie, który byłby bardziej zniszczony, nie tylko w sensie materialnym, ale w sensie ludzkim. (...) Trudno znaleźć drugi kraj w Europie, który byłby bardziej zniszczony, nie tylko w sensie materialnym, ale w sensie ludzkim. Planowo, metodycznie i niezwykle brutalnie” – powiedział PAP prof. Mieczysław Ryba (KUL).

I obóz rządzący to zadanie podjął. Niestety, przy tej okazji popełnia kilka poważnych błędów. Po pierwsze – rozpoczął publiczną dyskusję na ten temat, bez jakiegokolwiek przygotowania, na żywioł. Po drugie – publicznie mówił o wysokości ewentualnych reparacji, jeszcze bez dokładnych obliczeń, jednocześnie zdając sobie sprawę z istnienia piątej kolumny folksdojczów w Polsce oraz tego, że Niemcy to wszystko dokładnie odnotowują. Nowy prezent dla sąsiada zza Odry. Po trzecie – wskazywał trudności, co stanowi kolejny podarunek dla RFN. Po czwarte – najwyżsi dostojnicy nie ukrywają różnic, a wśród nich znajdują się tacy, którzy kwestionują potrzebę ubiegania się o odszkodowania.

Dwugłos kierownictwa MSZ

Głos pierwszy to list podsekretarza stanu w MSZ – Marka Magierowskiego (PiS) w odpowiedzi na interpelację posła Adama Ołdakowskiego, pytającego o straty polskie w czasie II Wojny Światowej. Wiceminister odpisuje nie tyle na pytanie, ile na zawarte w zapytaniu niespójne tezy prawne, „uwzględniając szerszą perspektywę historyczno-polityczną”. Opisuje też genezę polskich roszczeń, a następnie cytuje oświadczenie rządu Marka Belki z 19.10.2004 r.: „Oświadczenie Rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych Rząd RP uznaje za obowiązujące (…) Oświadczenie z 23 sierpnia 1953 r. było podjęte zgodnie z ówczesnym porządkiem konstytucyjnym, a ewentualne naciski ze strony ZSRR nie mogą być uznane za groźbę użycia siły z pogwałceniem zasad prawa międzynarodowego, wyrażonych w Karcie Narodów Zjednoczonych”.

I dodaje: „Stanowisko polskiego rządu nie uległo zmianie od 2004 r.”. i Przypomina art. 9 Konstytucji: „Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego”. Długi passus poświęca niemieckim „dobrodziejstwom” na rzecz Polaków poszkodowanych przez III Rzeszę. W rezultacie, jak utrzymuje Magierowski, „Obecnie z uwagi na Oświadczenie z 1953 r. oraz jego potwierdzenie przez Rząd RP w 2004 r. możliwość skutecznego wystąpienia z roszczeniami reparacyjnymi wymaga dalszych analiz”. W języku politycznym oznacza to rezygnację z roszczeń.

A teraz szef MSZ – Witold Waszczykowski dla Radia RMF FM. Pytany czy rząd wystąpi formalnie do RFN o reparacje: „Powinniśmy usiąść do poważnej rozmowy z Niemcami i wspólnie zastanowić się, jak wybrnąć z faktu, że na relacje polsko-niemieckie, cieniem kładzie się agresja niemiecka z 1939 r. i nierozwiązane kwestie po wojnie”. To o co chodzi ministrowi – o usunięcie „cienia” czy reparacje?

I kontynuuje: „Pod względem prawnym, kwestia jest niejednoznaczna, z różnych powodów, bo nie było zakończenia przez konferencję pokojową z Niemcami, nie było traktatu pokojowego”. Kolejny prezent. „Przecież sam wasz minister spraw zagranicznych przypomina, iż nie było traktatu pokojowego, więc o co wam chodzi” - mogą powiedzieć Niemcy. Oczywiście ów traktat ma się do odszkodowań nijak, ale Waszczykowski poprzez te słowa z góry osłabia pozycję negocjacyjną Polski.

Dalej: „Sytuacja jest zagmatwana prawnie, ponieważ poprzednie rządy, szczególnie PRL-owskie, grały tą sprawą: np. otwierały granice, wypuszczały Ślązaków, Mazurów, brały pewne pieniądze, brały pewne tanie pożyczki – i handlowano tą sprawą”. Niewątpliwie trafne jest stwierdzenie o „handlowaniu sprawą”. Ale ze wszystkich cytatów naszego szefa dyplomacji przebija wyjątkowa niechęć do podjęcia problemu i jego rozwiązania. Więc zamiast dawać Niemcom argumenty do rąk, czy nie lepiej powiedzieć jasno, otwarcie i odważnie: „Sprawa mnie przerasta, proszę przyjąć moją dymisję”. Może PiS znalazłby wówczas kogoś, kto posiada kwalifikacje na to stanowisko, a jednocześnie czułby zagadnienie i miał wolę postawić się Niemcom.

Uregulować nieuregulowane

W załatwienie kwestii reparacji angażuje się nie od dziś mecenas Stefan Hambura, wysokiej klasy prawnik, mieszkający i pracujący w Berlinie, współpracujący z polskimi organizacjami w RFN i walczący m.in. o nadanie statusu mniejszości narodowej Polakom tam mieszkającym. Na znak sprzeciwu wobec negatywnej postawy władz niemieckich w tej kwestii przeprowadził on kilkudniową głodówkę.

Udzielając wywiadu portalowi wPolityce.pl postulował, aby Polska starannie przygotowała się do pertraktacji z RFN na temat odszkodowań. Radził przetłumaczenie na niemiecki i inne języki europejskie raportów podsumowujących wielkość strat wojennych Polski oraz dalsze prace nad tego rodzaju dokumentami.

Hambura opracował również w 2004 r. na zlecenie Kancelarii Sejmu RP ekspertyzę. „Prawie wszystkie przesłanki wskazują na to, że polska delegacja biorąca udział w przebiegu rokowań nad układem ...PRL-RFN o normalizacji stosunków nie stwierdziła, że oświadczenie rządu PRL z 1953 roku dotyczące zrzeczenia się dalszych reparacji wobec Niemiec jako całości jest ważne i obowiązuje" – napisał w tym dokumencie. Jego zdaniem dokument z 1953 r. mógł mieć moc prawną co najwyżej wobec NRD. „Ekspertyza Wydziału Prawnego MSZ RFN z 4 lutego 1970 roku, odnośnie problematyki zadośćuczynienia w stosunkach polsko-niemieckich … zawiera na stronie 6 stwierdzenie, że Polska zrzekła się reparacji wobec NRD” – podkreśla Hambura. Zwraca jednak uwagę na „fakt niepodania przez stronę niemiecką żadnego nazwiska osoby z delegacji Polski, która złożyłaby wspomniane wyżej oświadczenie”.

Nie tylko reparacji Polska powinna żądać. Pos. Arkadiusz Mularczyk (PiS), który pierwszy zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych o ekspertyzę dotyczącą odszkodowań, idzie dalej. W czasie przyszłych rozmów z RFN domaga się postawienia problemu zwrotu naszych dóbr kultury, które Niemcy zrabowali, a jest ich ponad 516 tysięcy.

Identyfikacja partii niemieckiej

„Ważne jest to, że sprawa (reparacji – ZL) pojawiła się publicznie, że stanęła jako problem. (…) Ja tej sprawy nie traktuję jako beznadziejnej od strony finansowej, uważam, że mamy szanse. (…) Nie ma żadnych podstaw prawnych, aby Niemcy mogły nam odmówić. (...) A ma ona także inne zalety, ponieważ jest do pokazania to, co w Polsce naprawdę się działo w czasie II Wojny Światowej. To jest bardzo skuteczne odwrócenie tej tendencji, która prowadziła do uznania nas niemalże za sojuszników ówczesnych Niemiec. To jest wartość sama w sobie” – mówił Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla tygodnika ”Sieci Prawdy” (nr 39/2017).

Lider PiS-u podkreśla, że „poczucie bezkarności okupanta sprawiło, że dokonywano na masową skalę przestępstw poza oficjalnie usankcjonowanymi zbrodniami. (…) Ci ludzie kradli, rabowali, mordowali. Trzeba o tym pamiętać i o tym mówić. To wszystko wymaga i opisania i zadośćuczynienia. Nie ma żadnych powodów, dla których akurat my mamy się tego wyrzekać. Niby dlaczego? Bo Niemcom to nie odpowiada? Trudno, to jest ich historia i muszą za tę historię brać odpowiedzialność. My nie możemy się zgodzić na to,, by całe zło, i wszystkie zbrodnie II Wojny Światowej sprowadzić do holocaustu. To jest w istocie założenie rasistowskie” Kaczyński przewiduje rozwiązywanie tej sprawy etapami, jako proces, ale „w żadnym wypadku nie mamy zamiaru z niego zrezygnować”. I uzupełnił: „A do tego pozwala on na już bardzo precyzyjną identyfikację „partii niemieckiej” w Polsce, czyli ludzi, którzy odrzucili jakąkolwiek lojalność wobec naszego państwa”.

Zapytany o wyniki sondaży, które wskazują 70 proc. poparcia dla upomnienia się o reparacje, a tyko 20 proc. przeciw, rozmówca tygodnika odparł: „.. to w mojej ocenie zbyt mało. To powinno być co najmniej 95 proc. … aż 20 proc. wskazuje na ośrodki zagraniczne. To pokazuje poziom wykorzenienia wielu ludzi wychowanych w III Rzeczypospolitej. To są straszliwe zniszczenia moralne”.

Odszkodowania na dwa fronty?

W artykule tym trzeba też przytoczyć głosy szaleńców. „Pomijanie Rosji nie jest dla mnie zrozumiałe. (…) W momencie, kiedy domagamy się reparacji od Niemiec, o to samo powinniśmy wystąpić wobec Rosji. Co więcej, rachunek wobec Rosji byłby dużo wyższy niż w stosunku do Niemiec (sic!). Ze względu na czas okupacji oraz intensywność zła, które nam wyrządziła” – mówił w wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie” (nr 217 z 18.09.17 r.) Tadeusz Płużański. Według niego okupacja sowiecka trwała do 1989 roku.

Dla niego wszelkie kwestie polityczne zaczynają się od Rosji i na niej kończą. Zwróćmy uwagę, że nawet Kaczyński ani Macierewicz, których o rusofilstwo posądzić nie sposób, nie wspominają o roszczeniach wobec naszego wschodniego sąsiada, mimo że obaj zaostrzają relacje z Federacją Rosyjską jak tylko mogą. Słusznie, walka na dwa fronty nigdy nie popłacała, o czym Płużański uważający się za historyka powinien wiedzieć.

Wydawałoby się, że to tylko opinia jednego z ludzi cierpiących na antyrosyjską obsesję. Niestety. W jednym z programów w telewizji publicznej wypowiedział się na ten temat Marek Sawicki z PSL, który również domagał się wystąpienia władz polskich o reparacje od Rosji. Zdumiało mnie to wystąpienie, ponieważ ludowcy odnośnie do relacji polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich wykazywali, jak dotychczas, daleko posuniętą wstrzemięźliwość. Ani nie domagali się sankcji wobec Rosji, ani nie jeździli na Majdan, by wznosić banderowskie okrzyki. Tempora mutantur et nos mutamur in illis?

„Dobre stosunki” z Niemcami

Podstawowym argumentem przeciwników reparacji, wywodzących się głównie z antypolskiej opozycji, jest zachowanie dobrych stosunków z Niemcami. Czyli – zrezygnujmy z odszkodowań za bestialskie zbrodnie i straszliwe zniszczenia, które cofnęły nas w rozwoju o kilka dekad i których dotąd nie odrobiliśmy w całości. Niech z reparacji korzystają kraje o wiele mniej lub wcale (np. USA) niezniszczone, a my wykażmy się wspaniałomyślnością. Co tam dla nas bilion dolarów!

No to zadajmy pytanie: kiedy mamy „dobre stosunki” z RFN? Wystarczy przyjrzeć się rządom PO-PSL. Gdy każdy polecenie z Berlina było realizowane natychmiast, gdy postępowała germanizacja (i jeszcze postępuje) Szczecina, Gdańska, Wrocławia, gdy tezy niemieckiej polityki historycznej propagowano w Polsce, gdy obwiniano nasz naród o udział w holocauście, gdy świadomością Polaków rządzą opanowane przez niemieckie koncerny media, gdy Ziemie Odzyskane zostały gospodarczo oddane firmom niemieckim, gdy rząd Kopacz chciał przyjąć „nachodźców”, gdy w niektórych przedsiębiorstwach niemieckich zakazywano polskim pracownikom mówić po polsku, gdy ogromne pieniądze wyprowadzano do Reichu, gdy zyski z unijnych dotacji dla Polski trafiały do Niemiec, gdy pomniejszano zbrodnie niemieckie na Polakach.

W wyborach niemieckich nastąpiła jakościowa zmiana sytuacji. Do Bundestagu dostała się neohitlerowska i anty-imigrancka AfD (Alternatywa dla Niemiec). Czyli – zgodnie z zasadami „wolnych” wyborów – wygrać miała. Angela Merkel już zapowiedziała odzyskiwanie wyborców AfD. Nie będzie ich przecież czarowała hasłami anty-imigranckimi, bo sprzeniewierzyłaby się tym, co jej takie polecenie wydali. Ale z pewnością zaostrzy kurs antypolski, z kwestią granic włącznie. Ale tej akurat dyskusji podjąć nam nie wolno. Niemals, meine Damen und Herren!

Zbigniew Lipiński
27 września 2017 r.
Myśl Polska, nr 41-42 (8-15.10.2017)