Konstytucja – czas na decyzję

sejm.jpg
Przez Polskę, późną wiosną, przetoczyła się żywa debata na temat konieczności (bądź nie) uchwalenia nowej ustawy zasadniczej, jak niekiedy doktryna prawa państwowego nazywa konstytucję. Była ona chwilami nawet zażarcie namiętna, gdyż w istocie dotykała nie tylko prawnych kontrowersji, odnoszących się do ustrojowych regulacji, lecz wymusiła wyłożenie kart na stół w dziedzinie ideowych podstaw, którymi kierują się te, czy inne, polityczne formacje reprezentowane w Sejmie.

Jednym słowem: owe dysputy były zaczątkiem wojny ideologicznej, która przecież w naszym zsekularyzowanym świecie jest substytutem dawanych religijnych konfliktów, czyli sporu o pryncypia; w skrajnych okolicznościach mogącego stać się zaczątkiem rozlewu krwi, gdy to różne doktrynalne postawy, u szerszych rzesz, wzbudzają tak wielkie namiętności, że aż dochodzi do ich wyładowania na przysłowiowych barykadach. U nas jednak króluje słomiany zapał i wiele poważnych spraw w końcu sprowadza się do zbytnich uproszczeń. Tak było (może na szczęście?) i w tym przypadku.

Najpierw zajmowano się konstrukcjami, rozstrzygającymi tę sprawę z punktu widzenia interesów kluczowych parlamentarnych ugrupowań; ale następnie kolejne wydarzenia, wzbudzające o wiele większe emocje wyparły z publicznego obiegu konstytucyjne rozterki. W rezultacie nie słychać było w publicystyce poważnych głosów, które na to zagadnienie starałyby się rzucić nieco niezależnego światła. Z całą pewnością sprawa będzie odżywała, co jakiś czas, lecz nie łudźmy się, na zmianie Konstytucji nikomu tak naprawdę nie zależy, więc nic przełomowego nie może się tu zdarzyć; co jednak nie znaczy, iż o sprawie wywołanej i wniesionej na publiczne forum przez prezydent Andrzeja Dudę nie warto debatować, a nawet rozważać ją właśnie wówczas, gdy milkną propagandowe działa, a tak zwana ulica udaje się na zasłużony odpoczynek.

S.P.Q.R.

Ten skrót to nie jest szyfr dla wtajemniczonych w jakieś misteria, ale oficjalna nazwa starożytnego Rzymu, jako państwa, a co należy przetłumaczyć mniej więcej tak: Senat, Lud i Rzym. Owo określenie charakteryzuje polityczne dzieje całej łacińskiej cywilizacji i to praktycznie od jej początków, przez średniowiecze, aż do naszych czasów. Niezależnie od systemu rządów: czy było to imperium republikańskie, królewskie dziedzictwa, czy wreszcie w nowożytnej epoce ustroje parlamentarne. Można by zatem rzec, iż całość państwowej władzy stanowi jej widoczna zwierzchność (indywidualna, lub kolektywna) oraz naród, który możemy nazwać ludem albo jakimś stanowym przydomkiem (szlachta, arystokracja, etc.).

Z przywołanego skrótu wynika także i to, że z połączenia dwóch czynników, rządzących oraz rządzonych powstaje nowa jakość: państwo. Kostiumy epok są przy tym różne, lecz istota sprawy wciąż pozostaje ta sama. Państwo jest bardzo skompilowaną strukturą, podatną na wewnętrzne wstrząsy, w gruncie rzeczy przeważnie z powodu namiętności wywołanych potrzebą sprawowania władzy i przywilejami z niej płynącymi; zatem wysoce niestabilną. Poza wieloma uwarunkowaniami wymaga ono przede wszystkim trwałych zasad, a hierarchiczne elity muszą je skutecznie strzec.

W całym tym procesie zachodzi również zjawisko pewnej ciągłej fluktuacji, niekiedy naturalnej. Spokojnej, ale bywa, że dochodzi do paroksyzmów, które nazywamy buntami, bądź nawet rewolucjami. W każdym razie nie ma struktury państwowej bez prawa, które w części regulującej najwyższej rangi sprawy zwiemy prawem publicznym. Tak się w dziejach tej cywilizacji współcześnie ułożyło, że zwieńczeniem tej całej prawnej konstrukcji jest konstytucja, najczęściej pisana (w kontynentalnym systemie) z myślą, że jest ona koroną prawa. W niej powinny mieć swoje źródła wszystkie inne normy, w tym prawo prywatne.

Jednym słowem jest ona właściwie nie tyle zbiorem (zlepkiem) pozytywnych przepisów, ale też zestawem naczelnych zasad, obowiązujących w państwie. Wyjątek stanowią te jej postanowienia, które systematyzują funkcjonowanie najwyższych władz, desygnowanie do nich, wzajemne między nimi relacje, wreszcie ich uprawnienia. I w istocie ta właśnie część konstytucji, bywa że staje się rzeczywistym przedmiotem konkretnych kontrowersji, bo wszystkie ewentualne zmiany powodują duże przetasowania na politycznym rynku. Ktoś musi bowiem stracić (ale o tym w dalszej części tego tekstu). We współczesnych europejskich stosunkach, prawo jest niezwykle rozbudowane; niektórzy uważają, że zdecydowanie ponad potrzebną i konieczną miarę. Całe jego gałęzie są niezwykle szczegółowe, co wielu badaczy cywilizacji prowadzi do nieodpartego wniosku o jego talmudycznej (drobiazgowej) naturze. Żeby to wszystko jednak jakoś działało, konstytucja jest w Europie tym środkiem, który wymusza, by poszczególne kodeksowe (bardziej szczegółowe) dziedziny, a wreszcie zindywidualizowane normy, były – jak to się powiada – wewnętrznie spójne.

Taka konieczność wywołała u ideologów demokratycznego liberalizmu (a raczej zwolenników ekonomicznej władzy kosmopolitycznych korporacji) pomysł wykreowania jeszcze jednego centralnego organu państwa: Trybunału Konstytucyjnego. W tym przypadku istota i sedno problemu nie sprowadza się nawet do tego, że on w ogóle istnieje, lecz uczynienia zeń czegoś jakby uświęconego, otoczonego prawie sakralną czcią, rzekomo fundamentalnego dla dobrego ustroju, a więc nawet nietykalnego. Z tym się w żadnym wypadku nie zgadzamy. Zwłaszcza, że funkcję strażnika jednolitości prawnego ustroju, mogą sprawować i w gruncie rzeczy pełnią inne naczelne organy. Tak więc sam ustawodawca z definicji związany jest koniecznością zachowania należytej dbałości o jakość uchwalanego prawa. I z całą pewnością, gdyby nie ta zgubna inflacja ustawodawcza, Sejm byłby pod tym względem o wiele wydolniejszy. Wreszcie strażnikiem godziwego prawa jest, przed wszystkim, Senat oraz Prezydent, który mógłby przy tylko nieco zwiększonych kompetencjach, być właśnie jego właściwym ważnym i ważkim recenzentem. Następnie mamy rozbudowane sądownictwo (sądy powszechne, administracyjne, pracy, rejestracyjne, itd.) z Sądem Najwyższym na czele.

Jednym słowem Trybunał Konstytucyjny nie jest instytucją rzeczywiście konieczną, ale jeśli nawet – to nie może stać ponad suwerenną władzą polityczną, trzymając ją właściwie za gardło. Należy, przede wszystkim, zwrócić uwagę i na tę okoliczność, że w obowiązującym w Polsce rozwiązaniu, na dobrą sprawę jest on wszechmocny, rzeczywistego zaś suwerena ukryto, jakby w cieniu. Można mieć zatem podejrzenie, że taka zdeterminowana obrona Trybunału była spowodowała koniecznością zachowania takiej sytuacji, w której faktyczny zwierzchnik jest za kotarą, co pozwala jemu działać niczym lalkarz, pociągający za kluczowe sznureczki władzy.

Istota sprawy

Jednak rzekłbym, pryncypialny mankament Konstytucji z 1997 roku tkwi, gdzie indziej. Jest on nawet groźny dla sprawności samego państwa. Pomijam tu tę kwestię, iż owa ustawa w wielu swoich fragmentach bywa nadmiernie i przesadnie szczegółowa, wymieniając na przykład instytucje dość marginalne z punktu widzenia całości, poświęcając nienależną im uwagę. I tak sama ideowa preambuła, mająca wszystkich zadowolić jest w gruncie rzeczy dwuznaczna i chwilami nawet śmieszna. W rzeczywistości promując szeroko pojęte wolnościowe prawa, ale w zbyt znikomym stopniu, odnosząc się do szerszego – a w polskich realiach koniecznego – chrześcijańskiego kontekstu. Należy pragmatycznie wątpić, by w Polsce powstała polityczna siła, mogąca obalić istotę i charakter tego podstawowego przesłania, płynącego z owej Konstytucji, ale mimo to można jednak niektóre oczywiste niedostatki jakoś stępić i zająć się tym, co faktycznie najważniejsze.

Przypomnijmy sobie teraz w jakich politycznych okolicznościach ów akt powstawał? Lech Wałęsa przegrał wtedy walkę o reelekcję, a toczył on ją pod hasłami zbudowania systemu prezydenckiego. Jego pogromcy z jednej strony chcieli szybko zapomnieć o tych nieprzyjemnych chwilach politycznego sporu, z drugiej zaś były już jakieś nawyki funkcjonowania tego urzędu. Wybrano zatem kompromisowe wyjście, fatalne. Polega ono na tym, że nie zastosowano obowiązującej we współczesnych systemach złotej zasady, iż albo konstytucja nadaje ustrojowi schemat parlamentarno – gabinetowy, ewentualnie prezydencki. W pierwszym przypadku rzeczywistym szefem państwa jest premier, czasem nawet jego rola jest znacznie eksponowana (niemiecki kanclerz), niekiedy natomiast zwierzchnik ministrów jest pierwszym pośród równych (Italia, Hiszpania).

Drugi model – jak widzimy – to rząd realnie kierowany przez prezydenta, będącego nie tylko głową państwa, lecz również naczelnikiem egzekutywy (francuska Konstytucja V Republiki z 1958 roku). Każde z tych rozstrzygnięć ma naturalnie swoje zalety oraz ułomności, ujawniające się szczególnie podczas politycznych przesileń, jednak tworzy na ogół dość sprawny model, ułatwiający kierowanie skomplikowaną państwową maszynerią. Odpowiednio też w stosunku do rangi posiadanych prerogatyw głowa państwa wybierana jest przez kolegium elektorów, lub jego mandat, stosownie do własnej politycznej mocy jest skutkiem powszechnych wyborów. Nasza Konstytucja natomiast okazał się aktem politycznego kompromisu. Prezydenta desygnujemy w ludowym głosowaniu, co sugeruje, że jest faktycznym zwierzchnikiem wykonawczej władzy.

Wprawdzie ma on pewien udział w kształtowaniu naszej polityki zagranicznej i jest także nominalnym szefem armii z pewnymi okrojonymi uprawnieniami; ale generalnie zachował status względnie figuratywnej głowy państwa, o bardzo spętanych prerogatywach do podejmowania realnie ważnych decyzji. Może być niemałą przeszkodą w sprawowaniu przez parlamentarną większość efektywnych rządów, ale na ich ukształtowanie i akty urzędowania ma iluzoryczny wpływ. Ta konstytucyjna niedoskonałość ostatnio wyraźnie ujawniła się w sprawie ustawodawstwa dotyczącego sądownictwa oraz w sporze z Ministrem Obrony Narodowej o sprawy personalne polskiego wojska. Głowa państwa zdolna jest blokować, ale na dobrą sprawę niewiele ponad to. Należałoby powiedzieć, że nasza Konstytucja jest, co do swych istotnych walorów, jakby dotknięto skazą ułatwiającą paraliż swoich naczelnych organów. Kompromisy bowiem zaszkodziły jej klarowności.

Podsumowanie

Rzeczpospolita winna zatem w końcu zdecydować się – dla własnego dobra – na przejrzysty model władzy. Jakieś słabości ustrojowe i tak pozostaną, lecz nie aż tak fundamentalne. Trzeba także zauważyć, iż przy wyborze właściwego rozwiązania powinno kierować się, także własną ustrojową przeszłością. Można sądzić, że Polska należy do tego cywilizacyjnego obszaru, w którym prezydenckie prerogatywy winny zostać wydatnie wzmocnione. Nie jest też szczególne ważne kto aktualnie sprawuje ten urząd. Oni przychodzą i odchodzą, zaś Polska winna trwać. Ale najważniejsze przesłanie sprowadza się do tego, by w szerokich ramach zakreślonych przez łacińską cywilizację, ustawodawcy mieli na uwadze rzymską definicję państwa : S.P.Q.R.! Wszystko to, co stanowi o naturze państwa należy zatem harmonijnie połączyć.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 37-38 (10-17.09.2017)