Reparacje czy prezenty dla Niemców (1)

waw.jpg
Polityk tym się różni od szarego obywatela, że musi uważać na każde słowo, każde sformułowanie, każde zdanie, a w nim nawet na znaki interpunkcyjne, gdy posługuje się Twitterem czy blogiem. Nieumiejętna czy obraźliwa wypowiedź tego drugiego powoduje konsekwencje osobiste, niemające szerszego wpływu.

Natomiast wypowiedzi polityka rodzą określone konsekwencje dla państwa, w którym pełni funkcje lub które reprezentuje - zarówno na zewnątrz, jak i na wewnątrz. To prawdy banalne, ale tak już jest, że do niektórych banały bardzo trudno docierają. .

Postawienie sprawy

Ostatnio PiS podjął się zadania nie lada (mam nadzieję, iż to nie zagrywka propagandowa, co ostro podejrzewają niektórzy publicyści) – uzyskania od Niemiec reparacji za ludobójstwo i zniszczenia podczas wojny i okupacji. Jarosław Kaczyński, zgłaszając tę kwestię, jednocześnie zaprzeczył jakoby Polska zrzekła się tych pretensji. Pierwsza reakcja polityków obozu rządzącego była prawidłowa. Po zbadaniu archiwów polskiego MSZ oraz ONZ przez politologa i dyplomatę Grzegorza Kostrzewa-Zorbasa w 2014 roku okazało się, że nie ma ani w Warszawie ani w Nowym Jorku żadnej notyfikacji polskiej deklaracji o zrzeczeniu się roszczeń odszkodowawczych wobec Niemiec. Skoro tak, to zrzeczenie się przez Polskę powojennych roszczeń wobec Niemiec w świetle prawa międzynarodowego nie istnieje.

Według Antoniego Macierewicza takie zrzeczenie się było „nigdy formalnoprawnie nieprzeprowadzone, tylko mające charakter pewnego aktu publicystyczno-politycznego”. Co więcej w programie TVP Info „Gość wieczoru” stanowczo twierdził, że takowego dokumentu nie ma, bo trudno za takowy uznać artykuł w „Trybunie Ludu”. Według niektórych polityków i ekspertów również Niemcy nie posiadają takiego dokumentu.

Dziwna deklaracja rządu PRL

Chociaż brak takiej deklaracji w archiwach ONZ i naszego MSZ, w internecie krąży następujący cytat: „Biorąc pod uwagę, że Niemcy zadośćuczyniły już w znacznym stopniu swoim zobowiązaniom z tytułu odszkodowań i że poprawa sytuacji gospodarczej Niemiec leży w interesie ich pokojowego rozwoju, rząd PRL powziął decyzję o zrzeczeniu się z dniem 1 stycznia 1954 r. spłaty odszkodowań na rzecz Polski”. Nie jest to jednak ani projekt traktatu, ani formalne oświadczenie rządu. 22 sierpnia 1953 r. ZSRS zrzekł się odszkodowań od NRD. Jak utrzymuje pos. Arkadiusz Mularczyk, dzień później miało miejsce półgodzinne posiedzenie rządu PRL, który jednogłośnie (wtedy inaczej decyzji nie podejmowano) zrzekł się odszkodowań. Co ciekawe nie ma tam żadnego podpisu, prócz podpisu Bolesława Bieruta (wówczas premiera i I sekretarza KC PZPR). Co innego bowiem jest podpis pod protokołem z posiedzenia Rady Ministrów, a co innego pod dokumentem o takiej wadze. O tej decyzji zostały powiadomione władze w Berlinie.

Jest równie rzeczą interesującą, iż Polska nie była bezpośrednim beneficjantem odszkodowań lecz przysługiwało nam 15 proc. reparacji sowieckich, co zostało zawarte w umowie RP-ZSRS w 1945 r. W zamian za to musieliśmy „sprzedawać” polski węgiel za 10 proc. wartości. (Temu rabunkowi położył kres dopiero Władysław Gomułka podczas wizyty w Moskwie jesienią 1956 r..) W każdym razie na tym „interesie” straciliśmy. Natomiast uzyskanie Ziem Zachodnich i Północnych decyzją wielkich mocarstw w Poczdamie nie kwalifikuje się jako forma reparacji.

Okoliczności sowieckiego i polskiego zrzeczenia wiązały się z wydarzeniami w Niemczech Wschodnich. W czerwcu tamtego roku miały miejsce rozruchy w Berlinie (tzw. bunt berliński) i większych miastach wschodnio-niemieckich na skutek podniesienia norm pracy w fabrykach. Rozruchy te zostały stłumione przez jednostki wojsk sowieckich stacjonujących w NRD. Decyzja ZSRS motywowana więc była chęcią „poluzowania” reżimowi Wilhelma Piecka (prezydent) i Otto Grotewohla (premier).

Duet dwóch ministrów

Przyjrzyjmy się zatem kontynuacji tej arcyważnej i arcytrudnej sprawy przez dwóch polityków kierujących najważniejszymi, obok MSWiA, resortami. Witold Waszczykowski, minister spraw zagranicznych: „Decyzję z 53 r. można podważać, bo tak naprawdę nie do końca wiadomo, z czego się zrzeczono. Ani Polska nie była wtedy krajem niepodległym, który mógł podejmować suwerennie takie decyzje, ani również Niemcy – ani wschodnie, ani zachodnie – nie były w pełni państwem suwerennym” – mówił szef polskiej dyplomacji w rozmowie z TVP 9 sierpnia br. Z kolei Antoni Macierewicz, minister obrony narodowej: „Nie jest prawdą, że państwo polskie zrzekło się reperacji wojennych należnych nam ze strony Niemiec. To sowiecka kolonia, zwana PRL, zrzekła się tej części reperacji, które związane były z obszarem państw też marionetkowego, sowieckiego NRD” – tłumaczył szef MON w TVP Info.

Przeanalizujmy, obie wypowiedzi. Zacznijmy od Waszczykowskiego. Co to znaczy, że szef MSZ nie orientuje się czego Polska się zrzekła lub nie?. Publicznie zabierając głos całą sprawę powinien znać na pamięć. Jeśli jeszcze nie znał, powinien odpowiedzieć: „MSZ nadal analizuje”. Koniec, kropka. Podkreślić należy, iż przy zawieraniu traktatów (czy składaniu oświadczeń o charakterze międzynarodowym) nikogo nie obchodzi zakres suwerenności lub jej braku partnera. Polska stanowiła państwo, powszechnie uznawane (z kilkoma dosłownie wyjątkami). Byliśmy więc podmiotem prawa międzynarodowego. Podobnie sprawa ma się z podzielonymi na dwa organizmy państwowe Niemcami.

Czy dla PRL i NRD, przy zawieraniu Układu Zgorzeleckiego w 1950 r. miało znaczenie, że oba państwa są zależne od ZSRS? Nie. Dla Polski miał znaczenie fakt, iż została uznana nasza granica na Odrze i Nysie. Czy zawierając traktat z Polską w 1970 r. NRF była państwem suwerennym czy nie? A przecież był to krok milowy w naszej polityce zagranicznej – drugie państwo niemieckie tę granicę uznało. Całe jednak niebezpieczeństwo wynurzeń Waszczykowskiego leży gdzie indziej. Nolens volens podał na tacy argumenty stronie niemieckiej, gdyż można na podstawie takiej enuncjacji zakwestionować wszystkie umowy czy akty rodzące zobowiązania lub uprawnienia, w okresie PRL Teoretycznie, a w najgorszym razie praktycznie, Niemcy mogą powiedzieć: „Skoro tak twierdzi polski minister spraw zagranicznych, zawarte traktaty graniczne są nieważne. My byliśmy niesuwerenni i wy także. Wprawdzie Umowa z 1990 r. stwierdzała ważność wszystkich zawartych traktatów, w tym z 1950 i 1970 r., to jednak znajdowaliśmy się pod naciskiem mocarstw zachodnich, dla których rezygnacja z roszczeń terytorialnych stanowiła jeden z warunków zjednoczenia Niemiec. Macie rację, Polacy. Musimy problemy graniczne rozstrzygnąć na nowo”.

Jakby nie wiedząc co mówi, Waszczykowski ciągnął dalej: „Dzisiaj mamy potężną partię czy potężną opozycję, by w ogóle nie podnosić tej kwestii w rozmowach z Niemcami. Bardzo trudno będzie podjąć rozmowę z Niemcami, mając tego typu opozycję we własnym kraju, ponieważ Niemcy będą mogli wykorzystać tę opozycję do pewnych rozgrywek politycznych przeciwko tym, którzy będą chcieli podjąć rzeczowe negocjacje prawno-polityczne na temat ewentualnych reparacji”. To następny prezent dla RFN. Zamiast twardo stać przy opcji reparacji, minister wskazuje adresata do pomocy Niemcom – folksdojczerskie partie – PO i Nowoczesna, jakby z góry usprawiedliwiając przegraną w rokowaniach. Nie musiał tego czynić, Angela Merkel doskonale wie, komu płaci i za co.

Szef MSZ odniósł się też do oświadczenia niemieckiego rządu, który podkreślił, iż władze w Berlinie uważają kwestię niemieckich reparacji dla Polski za ostatecznie uregulowaną. Zastępczyni rzecznika rządu Niemiec Ulrike Demmer mówiła, że w 1953 r. Polska wiążąco zrezygnowała z dalszych świadczeń reparacyjnych dla całych Niemiec i w okresie późniejszym wielokrotnie to potwierdzała. Waszczykowski tak skomentował postawę niemiecką: „Sprawa jest trudna, wynika z faktu, iż przez wiele dziesięcioleci mieliśmy olbrzymie zaniedbania, czasem niechęć, czasem była to presja państwa hegemona, które dominowało tutaj przez 45 lat. (…) Przecież pierwszy traktat po 90 r. z Niemcami również tej kwestii nie podnosił, nawet nie regulował statusu polskiej mniejszości w Niemczech”. Z enuncjacji tych przebija wyraźna niechęć ministra do podejmowania problemu odszkodowań. A przecież, o czym informowały media całkiem niedawno, Grecja, znajdująca się w katastrofalnej sytuacji gospodarczej i bardzo silnie uzależniona od niemieckich banków, domaga się od RFN wypłaty odszkodowań w kwocie 275 mld euro.

Przejdźmy do Macierewicza. Pomińmy rzecz najłatwiejszą – język propagandzisty, a nie polityka. Zamiast powiedzieć coś rozsądnego na ten temat, minister ON raz jeszcze dał upust swojej nienawiści do PRL, nazywając ówczesne państwo „sowiecką kolonią” i potwierdzając – co z punktu prawa międzynarodowego nie jest tak bardzo jasne – rezygnację ówczesnych władz z odszkodowań. Określenie użyte przez niego nie tylko przeczy zasadzie „right or wrong my country”, ale również jest nieprawdziwe. Ustrój, wprawdzie nam narzucony, nie stanowi o państwowości lub jej braku. W 1945 r. mogła zaistnieć albo PRL, albo Polska Socjalistyczna Republika Rad. Trzecie wyjście nie istniało. Miejmy tylko nadzieję, że ani rząd, ani Sejm nie wydadzą oświadczenia w duchu wypowiedzi obu dygnitarzy i ich „argumentów”. Jeśli tak się stanie, z reparacjami możemy pożegnać się. Na zawsze.

Głos „strong woman''

Głos premier Beaty Szydło, a jest ona na politycznym topie zaledwie dwa lata, brzmiał rozsądnie, a jednocześnie stanowczo. W udzielonym „Gazecie Polskiej” wywiadzie zapytana np. o eskalację konfliktu z Niemcami w razie formalnego wystąpienia o reparacje odparła: „... to kwestia elementarnej sprawiedliwości i podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej”. Powiedziała też: „Jeśli sami nie będziemy się szanować, inni szanować nas nie będą. Byliśmy ofiarą totalitarnej niemieckiej polityki podczas II wojny światowej i przez kolejne dziesiątki lat Polska nigdy nie uzyskała za to żadnego zadośćuczynienia. A wiele krajów je otrzymało”.

Chociaż zastrzegła, iż „nie ma jeszcze ostatecznej decyzji rządu”, to „na razie jest dyskusja polityczna. Kolejnym krokiem będą rozmowy dyplomatyczne. Moim zdaniem państwo polskie ma obowiązek upomnieć się o swoje krzywdy”. Premier ujawniła też, że rozmawiała z kanclerz Angelą Merkel o posługiwaniu się przez niemieckie media terminem „polskie obozy śmierci”. Jej rozmówczyni odpowiedziała, że piszą tak „niezależne media”. „Nigdy od pani kanclerz nie usłyszałam słowa potępienia tych kłamliwych sformułowań, które padają w niemieckich mediach” – poinformowała Szydło.

Po kilkudziesięciu latach, kiedy to zarówno rządy PRL, jak i III RP kwestię zadośćuczynienia od Niemiec pomijały, sprawa została postawiona publicznie i zyskała rozgłos również zagranicą. Dobrze się stało, że na temat zabrali głos pani premier i dwaj ministrowie kierujący ważnymi resortami, bez względu na to, jak oceniamy ujęcie przez nich problemu. Jedna tylko osoba w państwie – i to formalnie najważniejsza – nie zabrała głosu: prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda. Charakterystyczne.

CDN
Zbigniew Lipiński
1 września 2017 r.
Myśl Polska, nr 37-38 (10-17.09.2017)

Dzial: