Kornel Makuszyński i Żydzi w Sopocie

kornel.jpg
Legendarny Kornel Makuszyński (1884-1953), twórca koziołka Matołka i niezapomnianych książek dla dzieci i młodzieży – był człowiekiem o poglądach narodowych. Nigdy nie zaangażował się w prace tego obozu politycznego organizacyjnie, ale pisywał regularnie do pism o narodowej proweniencji, od lwowskiego „Słowa Polskiego” począwszy.

Tam zresztą poznał samego Romana Dmowskiego (początek XX wieku). Był mężem Janiny Gluzińskiej (od 1927 r.), siostry Tadeusza Gluzińskiego, późniejszego lidera ONR-ABC.

Jako felietonista przypominał trochę najbardziej cięte pióro tego czasu, czyli Adolfa Nowaczyńskiego nota bene swojego przyjaciela. To właśnie felietony były pasją Makuszyńskiego. Pisywał o wszystkim – o sztuce, architekturze, teatrze, historii i obyczajach. Nawet po 1945 roku jego felietony gościły na łamach prasy (m. in. W „Słowie Powszechnym” Bolesława Piaseckiego i „Przekroju”). W PRL był bardzo popularny jako autor, z małą przerwą na okres stalinowski (1948-1955), ale nawet wtedy nie był całkowicie wykreślony. Atakowali go luminarze tzw. żydokomuny, w tym Ryszard Matuszewski Grzegorz Lasota. Po 1956 nastąpił powrót to Makuszyńskiego – wydano setki tysięcy egzemplarzy jego książek. Jednak skrzętnie unikano przypominania, z jakim obozem politycznym był związany.

Wydana obecnie biografia Kornela Makuszyńskiego częściowo wypełnia te lukę. Poniżej fragment odnoszący się do stosunku Makuszyńskiego do Żydów:

„Kpiny Makuszyńskiego z Żydów, czasem na granicy szyderstwa, i złośliwe aluzje pojawiające się w felietonach i powieściach nie przeszkadzały mu w utrzymywaniu dobrych relacji z wieloma ludźmi pochodzenia żydowskiego. A oni też nie zrywali z tego powodu kontaktów ze „złotym Kornelem”. Tuwim i Słonimski, przez antysemitów odsyłani do getta, w swoich tekstach publicystycznych i kabaretowych też Żydów nie oszczędzali. Można byłoby ich posądzić o taki sam antysemityzm, jaki zarzucano Makuszyńskiemu.
Dostrzegał żydowską odmienność: obyczajową, religijną, kulturową. Irytowała go ich ekspansywność, śmieszyła nad-ekspresja, przeszkadzała niechęć do asymilacji. I „antypolonizm”, którym zazwyczaj usprawiedliwiają się antysemici. To „najmędrszy szczep” na świecie i zawsze zadowolony, no, prawie zawsze, pisał w relacji z wojny ukraińsko-rosyjskiej obserwowanej z Kijowa. Kiedy ukraiński rząd uciekał z Kijowa, Żydzi się cieszyli. Kiedy miasto zajęli bolszewicy – byli zadowoleni. Kiedy weszli Niemcy i przepędzili bolszewików – Radowali się najbardziej ze wszystkich. Jest tylko jeden wyjątek: „Kiedy wejdą do Kijowa Polacy – Żydzi się nie ucieszą”.

okl makuszynski_0.jpg

Opis wakacji spędzanych w 1922 roku w Sopocie (wtedy należącym do Rzeszy) opublikował najpierw w „Rzeczpospolitej”, a następnie w zbiorku Moje listy (w Bibliotece Dzieł Wyborowych). Nie różnił się stylem od tego, jak pisała o Żydach prasa endecka. „List z Sopotu powinien być właściwie napisany po żydowsku, jeśli ma być interesujący, stylem soczystym obrazowym, powinien być wypowiedziany rękami, z wielkim rozradowanym wrzaskiem. Sopot bowiem tegoroczny to jedna wielka mykwa, mykwa zaś jest to wielka kadź kąpielowa, która ma tę właściwość, że po żydowskiej kąpieli jest w niej zawsze więcej cieczy, niż jej było przed kąpielą. Zatoka sopocka tak mniej więcej wygląda” – skonstatował.
Dalej było jeszcze bardziej złośliwie. Ryby, odurzone zapachem Żydów, oszalałe z przerażenia, obłąkane z rozpaczy, uciekają z zatoki na pełne morze. Mewy, z upodobaniem straszące dzieci w kąpieli, nad basenem, w którym pluskają się „Żydzięta”, zaczynają się słaniać, słabną, trzepocą skrzydłami i wpadają do wody: „Taka nad żydowskim basenem jest lubość aury”.

„Żydowie” przywędrowali nad Bałtyk jak szczury kierowane jakimś tajemnym nakazem. Starzy i młodzi, biedni i bogaci, we frakach i w chałatach, wystawiają w stronę morza brzuchy, włażą do wody, choć fale, brzydząc się nimi, uciekają od brzegu. Oni jednak nie dają za wygraną. Wciskają się nieproszeni do wody: „Potem zirytowane morze rzyga tym mrowiem na brzeg, i wtedy na piasku leży sto tysięcy ton koszernego mięsa”. Cielska opasłe jak u morskich krów, otłuszczone, brzuchate, napęczniałe, wykoślawione... Nawet nad Morzem Czerwonym nie było z Mojżeszem większej żydowskiej gromady niż tego roku w Sopocie, pisał.

Żeby odpocząć od zażydzonego Sopotu i nadyszeć się ojczyzną („Czy znasz ten kraj, gdzie żyd nie dojrzewa”), trzeba wybrać się do polskiej Gdyni, gdzie Żydów jest ciągle niewielu, radził: „Żydowin zresztą, przybywszy do Gdyni, kiedy się rozejrzał, wraca natychmiast bezpośrednim połączeniem Gdynia-Sopot. Dla żydów Gdynia jest miejscowością niemiłą. Skąd tu tylu katolików?”.

Jan Engelgard
M. Urbanek, „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce”, Wołowiec 2017, ss. 293.

Dzial: