Przegrani z przyczep

ZIETEK.jpg
Tytuł poniższego tekstu odwołuje się do tytułów dwóch artykułów opublikowanych w mediach głównego nurtu dotyczących elektoratu polityków niepopieranych przez establishment. Pierwszy z nich to tekst autorstwa Pawła Strawińskiego „Donald Trump prezydentem. Decyzję podjęto w przyczepie”, opublikowany 9 listopada 2016 r. na stronie www.forbes.pl.

Drugi artykuł to tłumaczenie tekstu z niemieckiej gazety „Süddeutsche Zeitung” pt. „Front przegranych”, który został opublikowany 23 kwietnia br. przez portal www.onet.pl.

Zestawienie obydwu tekstów stanowi doskonałą okazję do przeprowadzenia analizy środków propagandowych używanych przez te media, które coraz bardziej zatrwożone są „brunatnieniem świata”. (Na marginesie wskażę, że wspomniane wyrażenie „brunatniejący świat” usłyszałam kilka dni temu podczas prelekcji jednego z gdańskich masonów na temat filozofii masońskiej). Uderzające podobieństwa w ogólnej konstrukcji obydwu tekstów, jak i używanych stereotypach, środkach stylistycznych etc. każą przypuszczać, że zostały one napisane według odgórnych instrukcji.
Nie mam bowiem żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z profesjonalnie prowadzoną wojną informacyjną, koordynowaną przez te ośrodki władzy, które w największym stopniu czują się zagrożone przez proces przebudzania się społeczeństw, które wydawały się być już definitywnie uśpione przez dobrobyt, medialną papkę i ideologiczną indoktrynację.

Ludzie się budzą, co częściowo wynika z problemów gospodarczych społeczeństw zachodnich, a częściowo z postępującej i coraz bardziej dostrzegalnej alienacji elit od własnych społeczeństw. Te obiektywne przyczyny mają jednak zostać zatuszowane propagandową mgłą tak, by główni beneficjenci zachodzących procesów mogli w swoich rękach skoncentrować tak dużo władzy, by krnąbrne społeczeństwa mogły w razie konieczności zostać zupełnie spacyfikowane i przywołane do „porządku”. Obydwa teksty stają się zupełnie przejrzyste, jeśli będziemy je analizować przez pryzmat konkretnych interesów – ich ideologiczny charakter, w znaczeniu marksowskiego pojęcia ideologii, jest trudny do ukrycia.

Przyjrzyjmy się więc przywołanym tekstom. Pierwszy z nich został opatrzony takim oto headem: „Sfrustrowani, biali, niewykształceni Amerykanie, siedzący całymi dniami przed telewizorami w swoich przyczepach, w dużej mierze zdecydowali o losie USA i świata. Przez lata ignorowani, marginalizowani i pogardzani wreszcie dali o sobie usłyszeć”. Drugi poprzedzony jest takimi słowami: „Wokół Paryża rozciąga się pas małych, smutnych miasteczek. Ich mieszkańcy często nie mają pracy, za to przepełnia ich gniew – na wszystko i wszystkich. To teren przegranych, teren Marine Le Pen. Tak wyglądała kampania wyborcza w Villers-Cotterets”. Podobieństwa pomiędzy obydwoma fragmentami są po prostu uderzające. W jednym i drugim kreślony jest ten sam obraz – czyli zestaw stereotypów – wyborców partii i polityków nielubianych przez establishment. Mają to być ludzie niewykształceni, sfrustrowani, przegrani, bezrobotni, biedni i biali. Biali – czyli rasiści, którzy nie lubią „czarnych” i Latynosów (wyborcy Trumpa) oraz muzułmanów (Francja). Niewykształceni – łatwo wcisnąć im populistyczne slogany, w przeciwieństwie do wykształconych, którzy z definicji myślą samodzielnie i krytycznie, a w związku z tym nie ulegają żadnej demagogii.

Biedni i bezrobotni – a więc gorszy element społeczny, który nie załapał się na „tort”, częściowo pewnie z własnej winy, i w związku z tym nie jest w stanie racjonalnie patrzeć na gospodarkę, tak jak to czynią ludzie sukcesu, którzy dobrze rozumieją, jak ważna jest globalizacja, wolny handel, etc. Tym ostatnim przypisuje się umiejętność bezstronnego, racjonalnego i rzeczowego spojrzenia na kwestie gospodarcze. Tym pierwszym natomiast takiej umiejętności się odmawia – kierują się rzekomo tylko gniewem i frustracją.

Pełny portret takiego wyborcy znajdziemy w artykule Strawińskiego, warto przytoczyć go tutaj w całości: „Znajdziesz go w obdartej przyczepie za miastem. Pewnie ogląda teraz „The Jerry Springer Show”, kołtuński talk-show z dziko ryczącą publicznością, w którym rozmówcy bez żenady piorą na wizji swoje brudy i okładają się po twarzach ku nieskrywanej satysfakcji prowadzącego. Raczej nie czyta gazet. Nie chodził do szkoły średniej. Jest białym mężczyzną w wieku produkcyjnym, ale pracy nie ma, bo nikogo nie interesują jego kwalifikacje. Czy może raczej ich brak. Kiedyś pracował przy taśmie produkcyjnej. Ale ta jego taśma się zatrzymała lata temu. A może mu się po prostu nie chce nic robić? Gdy go zapytasz, skąd pochodzili jego przodkowie, nie odpowie, że z Niemiec czy z Anglii. O nie, oni byli z Ameryki. Z Ameryki!”.

Pójdźmy dalej. W jednym i drugim artykule budowane jest silne napięcie między centrum – duże, dobrze prosperujące miasta – oraz peryferiami – biedne, szare, wymierające. W artykule poświęconym Frontowi Narodowemu, tak jak to już zostało zacytowane, mowa jest o mieszkańcach małych, smutnych miasteczek, natomiast wyborcy Trumpa mieszkają w takich miejscach, jak Rust Belt, czyli „region na północnym wschodzie USA obejmujący kilka stanów. Jego nazwa oznacza dosłownie pas rdzy. Kiedyś było to serce przemysłu Ameryki. Mówiono o nim Steel Belt, czyli stalowy pas. Z czasem jednak to stalowe serce zardzewiało”. Mamy tutaj więc do czynienia z budowaniem określonej atmosfery i skojarzeń psychologicznych. Wyborcy polityków establishmentowych mają kojarzyć się z tym co rośnie, rozwija się, jest silne, twórcze, kreatywne, witalne. Natomiast wyborcy polityków anty-systemowych mają być kojarzeni z obrazami świata umierającego, rozpadającego się, szarego, martwego, pogrążonego w bezruchu i stagnacji. Tu życie – tam śmierć. Tu światło – tam szarość i czerń. Tu energia – tam marazm.

Przywołane przeze mnie obrazy, dotyczące zarówno samych wyborców, jak też ich otoczenia, stanowią podstawę określonych stereotypów, które są głównym narzędziem toczącej się wojny informacyjnej. Stereotypy te zostały tak skonstruowane, by odstraszały potencjalnych wyborców sił anty-establishmentowych. Przy tworzeniu tych stereotypów odwołano się do podstawowych mechanizmów psychologicznych – nikt o zdrowych zmysłach nie chce należeć i identyfikować się z przegranymi, słabymi, gorszymi, marginesem społecznym.

Wykorzystywane przez media stereotypy mają odstraszać i zmniejszać siłę przyciągania tych partii. Stereotypy te mają także służyć wzmacnianiu lojalności „nowoczesnego” elektoratu w stosunku do sił establishmentu. Mają oni być utrzymywani w poczuciu, że są tymi „lepszymi”. Jednocześnie podsuwa im się jednoznaczną receptę na to, dzięki czemu będą mogli czuć się lepszymi – jeśli nie będą głosowali na określone partie. Dodatkowo w grę wchodzi także technika manipulacji poprzez „zarządzanie lękiem” – „nowoczesny elektorat” ma być utrzymywany w lęku przed radykalizacją dołów społecznych, wizją narastającego faszyzmu, co ma doprowadzić do zwiększenia jego lojalności w stosunku do klasy rządzącej.

Kreślone przez media stereotypy są manipulacją, gdyż wyborcami anty-establishmentowych partii są często ludzie młodzi i wykształceni, drobni i średni przedsiębiorcy, czyli klasa średnia, dla której nie ma miejsca w strukturze społecznej, która rodzi się na naszych oczach. Struktura ta składa się z dwóch klas społecznych. Z jednej strony mamy establishment, związany głównie z międzynarodowym kapitałem, czyli bankierów, biznesmenów, polityków, urzędników organizacji międzynarodowych, pracowników korporacji międzynarodowych, dziennikarzy, naukowców i artystów propagujących określony światopogląd etc. Ci ostatni finansowani są z grantów i stypendiów fundowanych przez międzynarodową finansjerę i wielki biznes.

Z drugiej strony mamy tzw. biednych pracujących, pozbawionych trwałej własności, zadłużonych, beneficjentów zasiłków socjalnych. Między tymi dwoma klasami znajdują się ci, którzy do tego systemu nie pasują albo nie chcą pasować. Coraz więcej młodych ludzi, dobrze wykształconych i ambitnych, nie chce pracować w korporacjach i nie chce być marionetkami wielkiego biznesu. I to właśnie oni głosują na partie anty-systemowe. Na partie systemowe głosują natomiast nie tylko „wygrani”, ale także biedota, która boi się o swoje świadczenia socjalne, czyli zachowuje się dokładnie tak, jak to przewidział Bismarck wprowadzając pierwsze ubezpieczenia społeczne.

Postawiona wyżej teza, że wyborcami partii anty-systemowych są przedstawiciele klasy średniej paradoksalnie znajduje swoje potwierdzenie w omawianych artykułach. W tekście poświęconym Francji wprost zostało powiedziane, że jeden z takich wyborców, pan „Dubuc zawsze ciężko pracował, najpierw w fabryce, potem w stołecznym transporcie miejskim. Mieszkał w północnej części miasta, na typowym paryskim przedmieściu – zwanym tu "banlieue", ale wysoka przestępczość, ciasnota i wielokulturowość dawały mu się we znaki. – Tam wiele osób tylko pobiera zasiłki, wszystko na nasz koszt – mówi. Kiedy rok temu przeszedł na emeryturę, postanowił się wyprowadzić. Lepszy standard życia za połowę paryskiej ceny?

W Villers-Cotterets to możliwe. – Tu jestem blisko natury i płacę niższy czynsz.” W inny fragmencie tego samego tekstu czytamy: „To tu zwyczajni ludzie budują swoje twierdze – małe szeregowe domki z ogródkiem – albo wynajmują tanio mieszkania. Mieszkają w nich „petit Blancs” – czyli wykwalifikowani robotnicy i niebieskie kołnierzyki. Właśnie w tej grupie społecznej najwięcej jest wyborców Le Pen. W pasach „peri-urbanizacji” Front osiąga 30, a nawet 40 proc. poparcia”. Oraz: „Mieszkańcy tych rejonów czują się siłą wypchnięci na peryferie – tak politycznie, jak i geograficznie. Muszą codziennie dojeżdżać do pracy półtorej godziny w jedną stronę. Albo i dwie. Paryż jest dla nich zbyt drogi. A przedmieście – Departament 93, Seine-Saint-Denis – postrzegają jako zagrożenie. Blokowiska, imigranci z Maghrebu i Afryki Zachodniej, drobna przestępczość – nie chcą tam mieszkać. Zbyt obco, zbyt niebezpiecznie”.

O niebieskich kołnierzykach mowa jest także w drugim tekście: „Okręgi popierające Trumpa charakteryzują się także wysokim odsetkiem pracowników fizycznych, zwanych niebieskimi kołnierzykami. Od koloru odzieży roboczej i w kontraście do białych kołnierzyków – pracowników umysłowych, jak managerowie czy urzędnicy. (…) – Niebieskie kołnierzyki mają dużo kłopotów w nowej gospodarce, w której nie mają już takiej siły przetargowej, gdy mieli, jak chodzili do pracy w fabryce i utrzymywali swoje rodziny dzięki pojedynczej wypłacie – powiedział u progu minionej kampanii Barack Obama”. Z obydwu tekstów jednoznacznie więc wynika, że de facto wyborcami partii anty-systemowych są przedstawiciele topniejącej klasy średniej. Obydwa teksty w procesie zanikania klasy średniej nie widzą żadnego problemu.

Brak zainteresowania sytuacją klasy średniej ze strony establishmentowych mediów sprawia, że propagowany przez nie obraz świata jak żywo przypomina propagandę marksistowską, ale z odwróconym wektorem, jeśli chodzi o ocenę tego obrazu. Z jednej strony mamy zinternacjonalizowaną „burżuazję”, z drugiej – narodowy „proletariat”. U Marksa było odwrotnie: proletariat nie miał ojczyzny, natomiast to duża burżuazja używała instytucji państwa narodowego do obrony własnych interesów. Teraz role się odwróciły. „Proletariat” jest nacjonalistyczny, natomiast „burżuazja” kosmopolityczna. I to ten pierwszy jest problemem, natomiast ta druga uosabia postęp i nowoczesność. W przeciwieństwie do marksizmu, propaganda nie stoi po stronie wykluczonych, tylko po stronie tzw. ludzi sukcesu. I służy obronie ich interesów. I tak jak w świecie kreślonym przez Marksa nie było miejsca dla klasy średniej, tak samo establishment takiej klasy sobie nie życzy. Biedocie da zasiłki, i będzie cicho siedzieć.

Oczywiście należy zadać sobie pytanie, jak reagować na tę propagandę? Przede wszystkim należy trzeźwo spojrzeć na rzeczywistość i zrozumieć, że u jej podstaw leży realny konflikt interesów. Jest to konflikt między interesami klasy średniej oraz interesami sojuszu wielkiego kapitału, biedoty – kupowanej przez tenże kapitał za pomocą zasiłków socjalnych oraz polityków, naukowców, urzędników etc. – również finansowanych przez ten kapitał. Nie jest to konflikt idei, ale konflikt jak najbardziej realnych interesów. Jest to walka o to, czy cały świat zostanie opanowany przez kilkadziesiąt – kilkaset międzynarodowych korporacji, czy też handel, produkcja i usługi pozostaną w rękach małych i średnich przedsiębiorców, działających lokalnie czy też regionalnie.

Walka z omawianą tutaj propagandą powinna podkreślać ten witalny wymiar konfliktu. Powinna demaskować interesy zasłaniające się ideologicznymi, górnolotnymi hasłami.
Powinna podkreślać, że uprawiający ją dziennikarze sami są częścią tego establishmentu, z czego czerpią wymierne korzyści. Powinna obnażać obłudę intelektualistów, którzy pochylają się nad uchodźcami, a w głębokiej pogardzie mają przedstawicieli klasy średniej własnego państwa.

Jednocześnie powinna dokonać odwrócenia stereotypów i wskazywać na to, jak wielkie zniszczenie przyniosły elity w ostatnich latach swoim własnym społeczeństwom. To one powinny stać się twarzami stagnacji i rozpadu. Natomiast takie partie jak Front Narodowy powinny kojarzyć się z nową wiosną klasy średniej, lepszym życiem dla przeciętnego człowieka – a nie celebryty – oraz powrotem do społeczeństwa silnego dzięki realnej pracy ludzkich rąk, pozwalającej na godne życie dla ludzi przedsiębiorczych, ambitnych i odpowiedzialnych za siebie, swoje rodziny i swoje otoczenie.

Magdalena Ziętek-Wielomska
Na zdjęciu: wiec Frontu Narodowego (fot. profil fb Marine Le Pen)
Myśl Polska, nr 19-20 (7-14.05.2017)