Kazimierz – niedomknięte drzwi do raju (2)

Kazimierz III.JPG
Miał Kazimierz i ma nadal swoich wielbicieli tych jawnych, obnoszących się po Rynku, uliczkach, wąwozach, wzgórzach, bulwarze nadwiślańskim, ale i ukrytych. To przecież, w klasztorze reformatów zamknął się na długie miesiące Wacław Berent i tutejszym krajobrazem i nastrojem nasycił „Oziminę”.

Odkrył i rozsławił Kazimierz Tadeusz Pruszkowski, profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, sławny i ceniony malarz a i człowiek malowniczy, grubas o nieokiełznanym temperamencie. To on zapoczątkował epokę plenerów kazimierskich na początku dwudziestolecia międzywojennego. No i stało się, zaczęto rozstawiać sztalugi w najciekawszych miejscach i zakątkach i malować, malować, malować domy, spichlerze, kościoły, zamek rano, wieczorem, w słońcu, w chmurach, deszczu, śniegu... Zaroiło się od pięknych kobiet i nietuzinkowych mężczyzn. Całe to towarzystwo we dniu malowało a wieczorem, przy blasku tego drugiego, białego księżyca, jak chce Maria Kuncewiczowa, zasiadało na sławnej, obrośniętej dzikim winem, przybierającym jesienią barwę burgunda werandzie u Berensa i biesiadowało pod przewodnictwem Prusza. To tu rodziły się dowcipy, które w mig obiegały Kazimierz, Polskę i bez wielkiej przesady, świat. Pito kawę, wódkę, wino, a i zwyczajną wodę, co kto lubił i na co kogo było stać. Tak oto powstawała i funkcjonowała jedna z najbardziej kazimierskich „instytucji”, Bractwo św. Łazarza.

Pruszkowski, oprócz legendy i dobrej o sobie pamięci, pozostawił na Górach willę, która niestety miasta nie zdobi. Projektowana przez wybornych architektów, nawiązuje do ruin zamku. W księżycowe noce stamtąd właśnie odsłania się chyba najbardziej tajemniczy, wręcz mistyczny, kazimierski widok.
Człowiekiem legendą jest tu nadal, choć zmarł przed wielu laty, Karol Siciński. Być może to jego przodek, poseł z Upity wsławił się swoim liberum veto i na Pragę uciekł. Potomek posła z Upity też często nie pozwalał, jako konserwator Kazimierza wznosić budowli szpecących miasto. Sam zaprojektował kilka willi, które do dziś wyróżniają się niezwykłą urodą, jak choćby ta na Dołach, nowy dom Berensów w otoczeniu róż, czarujący dom Kuncewiczów, czy choćby Dom Architekta na Rynku.
Można w Kazimierzu zawsze spotkać urzekające kobiety, które, wydaje się, po to tu przyjeżdżają, aby zachwycać, czarować otoczenie. One wnoszą w kazimierski pejzaż, każda na swój sposób, niepowtarzalny smak i piękno. Krążą tu legendy o Irenie Lorentowicz, Irenie Kunickiej, Zofii Pruszkowskiej. Po wojnie przyjeżdżały tu coraz to inne kobiety. Panny te i panie dopełniają kazimierski krajobraz poezją, pięknem, czarem trudnym do wysłowienia.

Osobna kazimierska historia to Berens, to więcej niż knajpa, raczej instytucja. Przedwojennego Berensa nie pamiętam. Za moich czasów w tym miejscu, nieopodal Fary było już coś pośredniego między gospodą ludową a barem i jak na urągowisko nazywało się „Esterka”. Ostatnio przejęli ten budynek Gesslerowie z Warszawy. Zaczęli na miejscu „Esterki” coś budować, kopać. Ale skończyło się na ogrodzeniu pokaźnego wykopu szpetnym parkanem. I ta tymczasowa szpetota, jak to w Polsce bywa, ileś lat już trwa i szpeci jeden z najpiękniejszych i najbardziej znanych widoków Kazimierza.

Niezwykła i niespotykana gdzie indziej jest roślinność w tej okolicy. Wczesną wiosną na wzgórzach rozkwitają wspaniałe kremowe kielichy anemonów. Nieco później zakwita kapryfolium. Jego zapach napełnia na krótko wąwozy, uliczki, a nawet dociera do Rynku. Rosną tu rośliny takie jak na stepach czarnomorskich. Szczególnie sobie upodobały nachylone ku południowemu zachodowi zbocze wzgórza opadające ku Męćmierzowi. Osobliwością jest też roślina oplatająca się wokół drzew i krzewów. Porasta gęsto wszystkie kazimierskie wzgórza. Pod koniec sierpnia rozkwita małymi, białymi kwiatkami niemal bez zapachu.

Baśniowo, jak po drugiej stronie lustra, jest w Kazimierzu w okresie kwitnienia sadów. Wieczorem wszystko przepełnione jest zniewalającym zapachem, a księżyc, ten dla marzycieli i artystów, jak chce Maria Kuncewiczowa, kąpie się w Wiśle.

Dawniej, jak mówią starsi kazimierzanie, pełno było tu berberysów. Porastały wszystkie wzgórza, pobocza dróg i wąwozów. Na jesieni te krzaki pokrywały się gronami jagód o pąsowej barwie. Gdzie tylko było spojrzeć wszędzie była ta berberysowa czerwień. Malarze wtedy najchętniej sięgali po palety. Ale pewnego roku wszystkie krzewy berberysowe wykarczowano, bo ktoś puścił famę, że panująca właśnie choroba zbóż ma swe źródło w berberysowych jagodach. Znawcy tego nie potwierdzali, aliści powietrze tu pewno na gusła i zabobony podatne. Próżno, więc było przekonywać. No i berberysy padły, by złe moce przebłagać. Teraz gdzieniegdzie pojawi się nieśmiało krzaczek, zaczerwieni się jesienią, ale barwa ta już chyba na zawsze z Kazimierza zniknęła.

Tajemnicze są kazimierskie studnie. Jak zajrzeć do środka ciemne, przepaściste, niepokojące, być może bezdenne. Trochę przypominają tło i nastrój znanego obrazu Jacka Malczewskiego. Tu zresztą wszystko jest możliwe...

Gdy mija lato odczuwa się coś na kształt nastroju pozornego opuszczenia, zaniedbania, tajemniczości. Są miejsca, do których trudno dojść, kiedy nie zna się jedynej ścieżki. Wszystko jakoś ukryte pośród drzew, dębów, grabów, kasztanów, wiązów, w obfitych krzewach. Jak w wierszach Leśmiana. Wisła wciska się niemal do ogrodów, jest w oknach domów, między drzewami. Wreszcie na dalekim horyzoncie zlewa się z niebem.

Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. Bóg pewno przez nieuwagę, a może dla kaprysu, pozostawił niedomknięte drzwi do raju. Miał rację Mietko Pietrzyk.

Bodaj Maria Kuncewiczowa pisała, że Rynek kazimierski wygląda jak scena wielkiego teatru opustoszała po przedstawieniu. Pozostały tylko dekoracje i tak jak dziś, niewiele się tu dzieje. Ktoś zaledwie przemyka się w podcieniach. Ktoś znika za załomem. Czają się nieśmiało sprzedawcy przy straganach. „Rynkowa” i „Galeria” opustoszałe.

Trzeba, więc gdzieś iść, może najpierw wzdłuż klasztornych murów ku cmentarzowi. Stąd Fara chyba najokazalej widoczna. Sam cmentarz stary ogród raczej przypomina. Nagrobki Marii i Jerzego Kuncewiczów, grobowce Berensów, Górskich i innych sławnych, co cieszyli się życiem i pięknem tego miasta. Ostatnio przybył tu grób znanego reżysera Krzysztofa Krauze, który ponoć bardzo chciał być tu pochowany. Stąd widać chyba wszystko, co najpiękniejsze w Kazimierzu. Jak bardzo się chce można nawet zapomnieć o szpetnym, psującym nastrój Domu Prasy, zresztą coraz bardziej w drzewach ukrytym.

To dziwne, ale każdemu mojemu wyjazdowi do Kazimierza towarzyszy jakieś przyjemne podniecenie, jakby powracanie do wyśnionej krainy szczęśliwości, raju, jak mawiał Mietko Pietrzyk, jeden z tych z wzajemnością zakochanych w mieście. Można tu przyjechać nawet z Warszawy, pobyć kilka godzin i powrócić tego samego dnia. Ale wiadomo jak to z zakochaniem, każdą chwilę chce się przedłużać w nieskończoność, zostaje się, więc przeważnie na noc, jeszcze jeden dzień i znowu na noc...
O Kazimierzu można nieskończenie. Pora jednak tym razem kończyć. Zresztą nawet księżyc, ten dla nocnych Marków i marzycieli, blaknąć zaczyna.

Szanować, odwiedzać i strzec to miejsce powinni zwłaszcza ci, co lubią spoglądać przez lekko uchylone drzwi do raju. Jak na rajską krainę przystało, przynajmniej na Rynku nigdy nie jest pusto. Właśnie zaczynają się zbiegać od Gór i od Plebanki, od Czerniaw i od Wylągów ci, co tak chętnie sen mieszają z rzeczywistością, prawdę ze zmyśleniem: Esterka, król Kazimierz, Mietko, Tadeusz, Jerzy, Maria, Irena, Jeremi, Julian, Michał, Zosia, Piotr, Agata, Barbara, Szymon, Józef, Genowefa, Jadwiga, Jan, Adolf, Wacław, Karol, Krzysztof... Coraz ich więcej. Doprawdy ten Rynek nigdy nie jest pusty, jak nie malarze, to poeci, jak nie nocne Marki to piwosze, to znowu zwyczajni marzyciele. Tu wszystko jest możliwe, nawet rzeczywistość może stać się zmyśleniem a jawa snem.

Przybywając tu, trzeba to czynić z mocnym przeświadczeniem, że czynimy coś więcej niż tylko odwiedzamy niezwykłe miejsce, chodzimy po Rynku, wąwozach, wchodzimy na Zamek i Górę Trzech Krzyży, chodzimy nad Wisłą i tak uroczymi uliczkami, jak Krakowska, Senatorska, Lubelska, Szkolna. Odczuwamy piękno, harmonię i nieskończoność, nastawiamy zegar wieczności na swoją godzinę, splatamy węzły życia, w których pospolite przeplata się ze wzniosłym.

A gdy się już odjeżdża zostawiając za sobą Rynek, wzgórza nad Bochotnicą, Parchatkę, zdarzyć się może poczucie, że to nie my spotkaliśmy się z Kazimierzem, ale to Kazimierz doznał spotkania z nami. I to jest chwila, kiedy uświadamiamy sobie, że rzeczywistość, której dotykamy nigdy nie jest taka sama. Za każdym razem, kiedy spoglądamy na Górę Trzech Krzyży, Zamek, Rynek, Plebankę, Norowy Dół, Klasztor, pojmujemy jakby na nowo, że miejsca te należą nie tylko do przestrzeni, w której je odnajdujemy. Ale to delikatna materia wrażeń tworzących nasze życie. Wspomnienie zaś widoku tego czy innego jest wyrazem tęsknoty za chwilą, co właśnie przemija. Wzgórza zaś, wąwozy, kamienice na Rynku, domy pośród zieleni ulotne są jak lata. Niestety.

Zanim, więc opuści się Rynek, minie ścianę wzgórz nad Bochotnicą lepiej od razu zawrócić i zajrzeć raz jeszcze za lekko uchyloną bramę do raju. Warto, więc było, choć na dzień, choćby na czas, kiedy świeci biały księżyc, przybyć do Kazimierza, choćby po to, aby przynajmniej na chwilę zagubić granicę między poezją a rzeczywistością.

Zdzisław Koryś
Myśl Literacka, kwiecień 2017