W stronę maccartyzmu

McCarthyCourt.jpg
Przez przypadek przeglądałem 16 numer „Gazety Polskiej” z 19 kwietnia. Pobieżny rzut oka na zawartość 123 stron prowadzi do wniosku, że autorzy tego tygodnika żyją w jakiejś rzeczywistości równoległej. Jednak moją największą uwagę zwrócił krótki felieton Katarzyny Gójskiej-Hejke pod wymownym tytułem „Polska potrzebuje komisji McCarthy'ego”.

Pani redaktor informuje czytelników, że „komisja McCarthy’ego tropiła sowieckie wpływy w amerykańskiej administracji”. Nie informuje ich jednak, że McCarthy w ramach walki z „wewnętrznym zagrożeniem komunistycznym” w latach 1950-1954 w USA urządzał prawdziwe polowania na czarownice, a większość oskarżonych przez niego osób nie miała z komunizmem nic wspólnego. To był najzwyklejszy terror, który miał na celu zastraszenie środowisk podejrzewanych w USA o lewicowość i opozycyjność. Termin maccartyzm stał się synonimem pozbawionych skrupułów metod śledczych oraz tworzenia atmosfery strachu i podejrzeń. Fakt pozytywnego przywoływania takiej postaci jak McCarthy wystarczająco dużo mówi o autorce felietonu i całym środowisku „Gazety Polskiej”.

Kto zdaniem red. Gójskiej-Hejke miałby stanąć przed polską komisją McCarthy'ego? Ano ci, którzy śmią podważać „profesjonalne, klarowne, poparte wynikami eksperymentów opisanie lotu rządowego Tu-154 oraz tego, co działo się na smoleńskim lotnisku przed zbliżeniem się do niego polskiej maszyny i podczas ostatniej fazy lotu”. Jej zdaniem „zespół ekspertów kierowany przez dr. Wacława Berczyńskiego wykonał tytaniczną pracę – by móc poprawnie odtwarzać wszystko, co działo się z polskim tupolewem, trzeba było przecież przebić się przez kaskadę fałszerstw, manipulacji, którym poddany był materiał dowodowy”. Dowiadujemy się, że „plan zamordowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu osób składał się z trzech elementów”. Pierwsze dwa opisała komisja Berczyńskiego. Były to celowe błędne naprowadzanie samolotu przez rosyjskich kontrolerów i wysadzenie go w powietrze.

Trzeci zaś element zbrodni na prezydencie Kaczyńskim opisała red. Gójska-Hejke. To oczywiście spisek wrogiej agentury w różnych mediach, który był i jest nadal realizowany jako „scenariusz medialnej osłony zleceniodawców, wykonawców i tuszujących tę zbrodnię. Rozpisany precyzyjnie na wiele ról, adresowany do różnych grup społecznych, wystartował jeszcze przed straszliwą kwietniową sobotą. To naprawdę nie był przypadek, że w mediach głównego nurtu nigdy nie pojawiło się żadne niewygodne dla wersji Anodina-Tusk pytanie”. Nie pojawiło się, ponieważ media te „współgrały z rosyjską narracją” oraz prowadziły działania, które „służyły kryciu morderców”.

Jedynym więc lekarstwem – wedle pani redaktor – jest utworzenie „instytucji w pewnym sensie nawiązującej do słynnej komisji senatora McCarthy'ego”, która przywoła do porządku tę – w domyśle – „ruską agenturę”, rechoczącą w różnych mediach z komisji dr. Berczyńskiego. Zastępczyni Tomasza Sakiewicza śnią się zatem polowania na czarownice.

Teraz nie mam już wątpliwości, że do głosu w Polsce doszli ludzie naprawdę niebezpieczni dla otoczenia. Oni doprowadzą do jakiejś tragedii i to jest całkiem realne. Pani red. Gójska-Hejke, której marzy się polski maccartyzm, nie powinna jednak zapominać o tym jak skończył Jospeh McCarthy.

Bohdan Piętka
Fot. blog.mediander.com