Katolicy i polityka w PRL (2)

rostworowski.jpg
„Błędne jest mniemanie, że polityką zajmują się tylko ludzie mierni i krętacze. Owszem w życiu politycznym spotyka się ich wielu, lecz osiągają oni tylko stanowiska niższe w swej karierze. Do wyższych stanowisk dochodzą ludzie z charakterem, którzy potrafią panować nad sobą i swym otoczeniem” – mówi Stanisław Rostworowski (b. działacz ChSS) w drugiej części wywiadu dla MP:

Jakie zajął Pan stanowisko w chwili wprowadzenia stanu wojennego w roku 1981?
- Ostatni okres poprzedzający wprowadzenie stanu wojennego był pasmem moich sukcesów. Znałem przewodniczącego Regionu Środkowo-Wschodniego „Solidarności” Jana Bartczaka, któremu kiedyś pomogłem znaleźć pracę. Sam nie należąc do „Solidarności” mogłem rozmawiać z władzami wojewódzkimi, urzędującymi z poręczenia partii. Stałem się więc pośrednikiem pomiędzy wojewodą a władzami miejscowej „Solidarności”. W moim domu spotkał się wojewoda Eugeniusz Garbiec z przewodniczącym „S”, po to by toczyć poufne rozmowy. W rezultacie 2 grudnia 1981 r. w Lublinie zostało podpisane lokalne porozumienie pomiędzy władzami wojewódzkimi i władzami „S”. Po dokonaniu tego aktu udałem się do Gdańska, w którym byłem serdecznie witany przez działaczy, zwolenników „S”, którzy właśnie z Zarządu Oddziału ChSS usunęli skompromitowane jednostki. W ramach Stowarzyszenia byłem odczytywany jako zwolennik „Solidarności”, na terenie zaś Lublina jako rzecznik pojednania między władzami i „S”.
13 grudnia nastał stan wojenny. Rano do mojego domu wbiegły dwie sekretarki, które przez okno uciekły z siedziby „S”, do której wkroczyło ORMO. Po dwóch dniach udałem się jako poseł i czołowy działacz PKPS do generała, który teraz w Lublinie reprezentował władzę państwową. Złożyłem mu propozycję, że jako działacz PKPS chciałbym się zająć sytuacją internowanych w zimie ludzi. Generał odrzekł, że opieka nad internowanymi została już powierzona ks. bp Pylakowi. Mnie natomiast namawiał, abym napisał artykuł uspokajający wzburzone nastroje. Ponieważ wiedziałem, że w kraju nie uległy zmianie władze, z jakimi dotychczas jako poseł miałem do czynienia, uznałem, że artykuł taki mogę napisać, bo generalnie układ stosunków politycznych w kraju nie ulegnie zmianie. Po 1 stycznia wyjechałem do sanatorium, które miałem już poprzednio przyznane. Po powrocie uznałem, że dramatem stanu wojennego jest rozerwanie komunikacji pomiędzy władzami i społeczeństwem. Starzy ludzie nie mający dostępu do telefonu, mogli umierać w całkowitym odosobnieniu. Wraz z innymi podjęłam pracę nad przywróceniem komunikacji między władzami i ludnością kraju, prace, których wyrazicielem stał się potem Ruch Odrodzenia Narodowego.

Z jakim programem Pan startował na stanowisko posła na sejm?
- Naturalnie z programem pojednania narodowego i uwzględniania roli ludzi wierzących w pracy dla rozwoju współczesnej Polski. Nie było mi łatwo funkcjonować w sejmie, bo właśnie jako wierzący nie mogłem poprzednio być czynny na różnych polach aktywności publicznej. A tu nagle miałem zajmować się problemami całego państwa. W gruncie rzeczy byłem jednak znacznie bardziej działaczem społecznym niż politycznym. Przez ów kilkuletni okres mojej pracy w sejmie zawsze byłem członkiem Komisji Pracy i Spraw Socjalnych .I właśnie na forum tej Komisji współpracowałem w przygotowaniu ważnych ustaw, jak ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników, o reformie emerytur, kodeksie pracy, funduszu alimentacyjnym, których duch mi w pełni odpowiadał. Jednocześnie zajmowałem się załatwianiem ogromnej ilości próśb o interwencję poselską zgłaszanych przez ludzi. Sporym osiągnięciem było to, że na prośbę ks. Mariana Nowaka z Kazimierza Dolnego doprowadziłem do zwolnienia z więzienia jego brata Feliksa, skazanego na 25 lat pozbawienia wolności, co nastąpiło wskutek jego konfliktu z władzami zwolenników Mieczysława Moczara na Kielecczyźnie, gdzie zamieszkiwał. Nowak już od siedmiu lat przebywał w więzieniu, po czym został uniewinniony i zwolniony. Drugą ważną inicjatywa, którą pilotowaliśmy z posłem Łubieńskim, było doprowadzenie do tego, że władze lubelskie zrezygnowały z postawienia jakiegoś swojego budynku po prawej stronie siedziby KUL-u. Dziś na tej działce jest wzniesiony gmach Instytutu Jana Pawła II. Największym wydarzeniem było to, że już podczas VIII kadencji Sejmu postawiłem zapytanie dlaczego Polacy wywożeni na roboty do Niemiec nie otrzymali odszkodowania? Na tak postawione zapytania prezes Urzędu ds. Kombatantów Mieczysław Grudzień odpowiadał mi przez 40 minut. Kula zaczęła się toczyć , powstał ogromny ruch ludzi, na przestrzeni lat 1989/90 Stowarzyszenie Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę Niemiecką liczyło w Polsce 700 tys. członków i było nawieszą organizacją społeczną w okresie transformacji ustrojowej. Byłem członkiem jej władz i zakładałem jej oddziały w Suwałkach i Pile.

Jakie sprawy podejmował Pan jako doradca w Urzędzie Rady Ministrów?
- W kwietniu 1986 r w Urzędzie Rady Ministrów zostałem doradcą wicepremiera Zbigniewa Gertycha. Miałem być doradcą do spraw prasowych, ale okazało się, że osobnik bezpartyjny takiego stanowiska nie może objąć, więc zastałem doradcą do spraw sportu i turystyki. Była to dziedzina, na której zupełne się nie znałem, w dodatku po wypadku samochodowym byłem inwalidą ruchu. Po pewnym czasie szef przesunął mnie na stanowisko doradcy do spraw ZUS-u i polityki społecznej. I wówczas wicepremiera Gertycha udało mi się namówić, by wysunął projekt ustanowienia renty socjalnej, wypłacanej osobom od młodości niepełnosprawnym lub starcom, co nie osiągnęli uprawnień emerytalnych. Nad ustanowieniem renty debatowały trzy resorty: Pracy, Zdrowie i Sportu i Kultury Fizycznej. Po kolei przekonywałem przedstawicieli tych resortów do podjęcia pozytywnej decyzji o ustanowieniu renty i ostatecznie rząd wprowadził w życie rentę socjalną dla osób niepełnosprawnych. Był to największy sukces w mojej działalności publicznej (choć anonimowy), jakiego nie osiągnąłem przez 13 lat mej pracy parlamentarnej.
Wraz ze zmianami w rządzie zostałem doradcą w gabinecie wicepremiera Zdzisława Sadowskiego, z którym pracowaliśmy nad założeniami II etapu reformy gospodarczej oraz doradcą w gabinecie ministra członka Prezydium Rady Ministrów Aleksandra Kwaśniewskiego. Tu przygotowywaliśmy nowe ustawy o stosunkach państwo-Kościół, o stowarzyszeniach i inne przygotowujące zmiany ustrojowe. Po transformacji ustrojowej byłem doradcą szefów Urzędu Rady Ministrów Jacka Ambroziaka i potem Krzysztofa Żabińskiego, który w październiku 1991 r. podpisał z Niemcami umowę o wypłacie 500 mln marek dla ofiar prześladowań nazistowskich w Polsce. Przy Żabińskim stałem się ekspertem od spraw odszkodowań dla Polaków więzionych i wywożonych na roboty do Niemiec. W lutym 1992 r. byłem przy ustanowieniu Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie i prowadziłem zespół działaczy, który opracowywał funkcję owej Fundacji. Kolejny szef URM min. Wojciech Włodarczyk uczynił mnie przedstawicielem rządu w Zarządzie Fundacji. Ciężko pracowałem wraz z innymi nad ustaleniem kryteriów wypłaty odszkodowań. Za kolejnego szefa URM-u Aleksandra Łuczka kontynuowałem moją pracę. Z tych funkcji i pracy w URM zwolnił mnie kolejny szef Jan Rokita i w 1992 r. przeszedłem na emeryturę.

Zajął się Pan pisaniem książek, których wydał Pan około 50-u. Jakie tematy w nich Pan poruszał?
- Owszem, w życiu wydałem chyba 53 książki, ale w tym tylko 9 mojego autorstwa oraz owe Studia Myśli Chrześcijańskiej, które redagowałem. Pozostałe pozycje wydawałem najczęściej z rękopisów. Początkowo założyłem wydawnictwo „Nałęcz” i zamierzałem w nim publikować wznowienia pozycji z okresu międzywojennego pióra wybitnych polskich pisarzy politycznych. Myślałem o Janie Mosdorfie, Władysławie Studnickim, jako pierwszą wydałem książkę Adolfa Bocheńskiego „Między Niemcami a Rosją”. Połowę nakładu dałem panu, który prowadził hurtownię sprzedaży książek. Po pewnym czasie oświadczył on, że hurtownia się spaliła i książek nie ma. Pozostałą część z trudem sam sprzedawałem, ale utraciłem fundusze i postanowiłem, że publikować będę w funkcjonujących już wydawnictwach. Nie kontynuowałem serii politycznej, ale przygotowywałem z rękopisów książki mego ojca i innych członków rodziny Rostworowskich.
Mówi się dziś o edukacji patriotyczno-narodowej i myślę, że moje książki wpisują się w ten nurt. A oto niektóre tytuły: Stanisław Rostworowski (ojciec): „Łuna od Warszawy” (o bohaterskiej obronie stolicy w 1939 r.), „Nie tylko Pierwsza Brygada” (o dziejach II Brygady Legionów), „Bitwy mojego życia” (ogromny materiał o dziejach III powstania śląskiego), „Listy z wojny polsko-bolszewickiej”, Jan Dunin Brzeziński (wuj) „Rotmistrz Legionów Polskich’ (dzieje 2 Pułku Ułanów), Andrzej Rostworowski (stryj) „Ziemia, której już nie zobaczysz” (o I Korpusie Polskim Dowbora-Muśnickiego), O. Tomasz Rostworowski SJ (stryj), „Szerzyć Królestwo” ( wspomnienia kapelana KG AK podczas powstania warszawskiego), Jerzy Rostworowski (stryj): „Moje drogi wojenne” ( wspomnienia oficera armii polskiej i brytyjskiej z II wojny) oraz kilka innych. Pewien nurt stanowiły książki poświęcone historii ziemiaństwa: Teresa z Fudakowskich Rostworowska: „Za szlakiem mojego życia”, Konstanty Rostworowski: „Zmierzch Gałęzowa”, „Jeszcze słychać tętent i rżenie koni” (wznowienia). Ponadto w bardzo różnych czasopismach opublikowałem 82 teksty wspomnieniowe członków mojej rodziny i innych osób. Z twórczości własnej najpoważniejszą pozycją jest „Monografia rodziny Rostworowskich lata 1386-2012”, wydana w 2013 r., po 19 latach pracy.

Co Pan może przekazać młodym działaczom wstępującym w szranki polityki?
- Błędne jest mniemanie, że polityką zajmują się tylko ludzie mierni i krętacze. Owszem w życiu politycznym spotyka się ich wielu, lecz osiągają oni tylko stanowiska niższe w swej karierze. Do wyższych stanowisk dochodzą ludzie z charakterem, którzy potrafią panować nad sobą i swym otoczeniem. Tacy ludzie powinni mieć określone wykształcenie z zakresu historii. prawa, ekonomii lub innych konkretnych nauk, tak by ich otoczenie odczuwało, że są w jakiejś dziedzinie fachowcami. Greckie pojęcie polityki mówi, że jest to wieloaktywność. A więc jeden typ wykształcenia nie starczy na to, by być sprawnym politykiem. Trzeba więc nieustannie się dokształcać, również w zakresie umiejętności językowych. Ponadto, skoro mówimy o wieloaktywności, to nieodzowna jest inteligencja uzdalniająca do szybkiego podejmowania wielu wątków myślowych. Niedozowana jest również zdolność mówienie, pisania i przekonywania ludzi do swoich poglądów, zdolność podejmowania decyzji, gromadzenia informacji, bez posiadania których działalność publiczna jest ślepa. Zaangażowanie polityczne wymaga dużej odporności fizycznej, a także psychicznej, działacz musi się liczyć z tym, że będzie atakowany, zwalczany, że przeciwnicy będą się starali go załamać wewnętrznie i poniżyć. Atakami tego typu nie trzeba się przejmować, bo są one tylko przejawem pewnej maniery politycznej. Niezbędna jest wolność od wszelkiego typu nałogów i wytrwałość. Często długo trzeba czekać aż głoszone przez siebie idee znajdą poklask. Ponadto sama metodologia życia politycznego polega na tym, że awansuje się gdy wykruszają się poprzednicy aktywni na tej samej linii działania. Gdy przystępuje się do jakiegoś ugrupowania, jest się mile witany i popierany przez starszych kolegów, Natomiast gdy awansuje się, ci sami ludzie mogą zwalczać kolegę niedawno popieranego i pozornie lubianego. Ważne jest, aby nie zrażać się podłością postępowania ludzi ze swego najbliższego otroczenia. O możliwości awansu nie należy informować innych, sam awans polega na tym, że zwierzchnik czy przywódca odkrył, że w jego działaniu jest jakaś luka, którą należy zapełnić aktywnym podwładnym. Ofiarowane propozycje trzeba przyjmować i w toku pełnionego stanowiska orientować się jak swe zadania najlepiej wykonać. Trzeba wierzyć w siebie, że skierowanym do mnie wyzwaniom sprostam.
Ale to wszystko są tylko narzędzia służące obecności w życiu politycznym. Na to, by w nim odegrać jakąś rolę, trzeba mieć ideę służby wobec spraw wyższych, szerszych od własnych potrzeb. Trzeba tej idei być wierny, co nie znaczy, że w niektórych okolicznościach nie można by było zmienić partii swego zaszeregowania, skoro czas już przekroczył jej wymiar społeczny. Będąc wierny idei, trzeba w umyśle mieć perspektywę tego, co nadejdzie.

Co Pan chce osiągnąć w swej dziedzinie człowieka aktywnego w organizacjach katolickich kraju?
- Myślę, że nie jest łatwo być ciągle aktywny w różnych wymiarach ustrojowych, że moje pięć minut największego sukcesu już minęło. Być może, gdybym był młodszy, zaangażowałbym się w działalności „Caritasu”. Gdy zaś chodzi o formacje polityczne, to z góry chcę powiedzieć, że nie lubię wszystkich organizacji synkretycznych, takich trochę lewicowych, trochę prawicowych, takich jak Unia Wolności i jej następcy. Dla porównania od UW jest mi nawet bliższe SLD. Nie uważam, aby organizacje polityczne miały podlegać kierownictwu Episkopatu, którego myśl polityczna wyraża się przez ludzi, niekiedy nie będących nawet księżmi. Dlatego cenię partię Prawo i Sprawiedliwość, iż ma własną podmiotowość w relacji z Kościołem. Wzruszył mnie jej przywódca, który będąc na marszu wspomnieniowym tragedii smoleńskiej dowiedział się o zwycięstwie wyborczym swojej partii. Nie odbiegł od tego, co czynił, ale stanął i zaczął szeptać modlitwę dziękczynną. Poprzednicy polityczni zepchnęli jedną czwartą narodu do nędzy. Dobrze, że obecnie rządzący wprowadzają 500 +, mieszkanie +, 12 zł za godzinę pracy. To są takie idee, które w działalności publicznej zawsze mi były bliskie. I inicjatorom ich życzę sukcesu.

Rozmawiał Stanisław Stanik
Myśl Polska, nr 1-2 (1-8.01.2017)