Armia i flota...

navy.jpg
Znane jest angielskie powiedzenie, że Londyn nie ma stałych przyjaciół, lecz są za to nieprzemijające interesy. Mniej popularna jest wypowiedź cara Aleksandra III, który miał stwierdzić, że Petersburg ma w sumie dwoje przyjaciół: armię oraz flotę. Przywódcy tych starych i ugruntowanych imperiów w lapidarnych zdaniach odnoszą się w istocie do tego, czym jest dobrze pojęta racja stanu oraz co stanowi realne podstawy jej wykonywania.

Naturalnie wszystko i tak w końcu sprowadza się do faktycznych okoliczności danej historycznej chwili. Najpierw zatem ów dziejowy moment należy prawidłowo rozpoznać. Rozeznać międzynarodowe stosunki, ocenić dążność poszczególnych graczy, ich cele, środki i sposoby spodziewanego postępowania. Następnie niezbędne jest, by wiedzieć jakie mają zamiary wobec nas, do czego zmierzają w obustronnych relacjach. Wreszcie jakimi dysponują mocami, czyli środkami skutecznego nacisku, by wymusić postępowanie zgodne z ich oczekiwaniami.

Koniecznie również musimy zająć się sobą samym, odrzucając historyczne uprzedzenia; ważne, lecz bywające balastem popychającym w fałszywym kierunku. Zdefiniować musimy też własne cele, umieszczając je na szerokim tle geopolitycznych stosunków. Zawsze z mapą w ręku, niczym prawnik z kodeksami. Przede wszystkim jednak musimy dobrze rozpoznać rodzime zasoby: ludzkie, materialne, duchowe oraz organizacyjne.

To wszystko brzmi niczym truizm, ale w polskiej historii znamy wiele czynów, do których popchnęliśmy sami siebie na skutek błędnych mniemań o sobie oraz innych, moralizatorskich skłonnościach, aż wreszcie mesjanistycznych, nieuleczalnych dolegliwości. Nie trzeba przechodzić do szczegółów – albowiem własną historię przecież na ogół dobrze znamy. Żyjemy na Niżu Europejskim; w miejscu przez które muszą przechodzić wszelkie siły dążące z Zachodu na Wschód. Inne drogi są pomocnicze, czyli drugorzędne. Jesteśmy państwem o średnim statusie i to pod każdym względem, a zasadniczym zadaniem jego elit jest zapewnienie nam przetrwania w możliwie istniejącym kształcie terytorialno – ludnościowym. Jest także jasne, że względną suwerenność możemy zachować tylko przez krótkie historyczne chwile, gdy nie wieją wiatry dziejów, zaś spodziewane burze wciąż zwlekają ze swoim nadejściem.

Polityczne osamotnienie oznacza dla Polski pewną i niechybną śmierć. Musimy zatem bytować w szerszym gronie i to z możnym i potężnym protektorem na czele takiego konglomeratu. W światowych relacjach mały dodać średni nie oznacza duży, a najczęściej takie mechaniczne połączenia wcale się nie sumują, co więcej czasem się odejmują aż do minusowego wyniku tego arytmetyczno – politycznego działania.

Zdaje się zatem, że zawsze pilną koniecznością jest gra na dużego sojusznika, a realnie protektora. Może nim być tylko mocarstwo, które widzi w tym trwały – nie zaś koniunkturalny – interes; jak również ma adekwatną armię oraz flotę, którymi gotowe jest posłużyć się w przypadku konieczności. Faktycznie mamy do wyboru trzy państwa: Rosję, USA oraz Niemcy. Spoglądanie w innych kierunkach to marzycielstwo i iluzje. Na koniec tylko dodam, że Stany jako imperium z całą pewnością bez Polski będzie wciąż tym samym czym jest. W przypadku pozostałych dwóch – sytuacja jest inna. Dla Moskwy możemy być swoistym ryglem, chroniącym ją przed zachodnimi naciskami. Niemcy bez naszej kompradorskiej ekonomii, a w końcu ziemi są mocarstwem tylko potencjalnym, a zatem ułomnym. Narzuca się więc teza, że są naszym egzystencjalnym wrogiem.

Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 1-2 (1-8.01.2017)