"Degradacja" Jaruzelskiego...?

jaruzel.jpg
Nie będę mówić o rzeczywistości za oknem. Nie jestem po żadnej ze stron. Nie popieram ani tych, którzy po ośmiu latach w opozycji wzięli się do rządów w sposób skrajnie amatorski, do niczego nie przygotowani, tworzący prawne buble i ustawy pisane pod konkretne zamówienie, kupujący poparcie rozdawnictwem pieniędzy na kredyt, wszystko utopione w sosie zupełnie nieznośnej propagandy.

Nie popieram też tych, którzy po ośmiu latach rządów rosnącej biurokracji i kontroli nad obywatelem, występują teraz w roli obrońców nie wiadomo kogo, bo nie zwykłego Polaka, któremu za ich rządów przybyło jedynie obowiązków nakładanych przez państwo. Przy czym jedni i drudzy prześcigają się w nienawiści do Rosji i w miłości do Ukrainy. Jedni i drudzy są siebie warci. Niestety, skala poparcia partii rządzącej i głównych sił opozycji parlamentarnej dowodzi, że Polacy pragną dalej błędnego koła rządów postsolidarnościowych, że nie są gotowi na realną zmianę, zmianę, której przykłady mamy w świecie. Cyrk, z którym mamy do czynienia, dotyczy mnie jak każdego innego obywatela naszego kraju. Świadczy on na pewno o naszej cywilizacyjnej degradacji. Jednak moja pozycja polityczna jest zupełnie inna od pozycji rządu i opozycji. To nie moja walka i nie zamierzam się w nią angażować, pozostawiając sobie prawo do krytyki z mojego punktu widzenia.

Przechodząc do meritum. W kolejną rocznicę stanu wojennego niezłomny minister Antoni Macierewicz zapowiedział degradację generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka do stopni szeregowców. Ma być to symboliczna odpłata za stan wojenny. Co więcej, zapowiedziano także prace nad przepisami, które dałyby prawo degradować pośmiertnie każdego wg uznania ministra. Na razie, na szczęście, nie ma także podstawy prawnej do degradacji wymienionych generałów, ale możemy być spokojni – fanatycy z głębokim poczuciem misji z pewnością znajdą wyjście, aby zadośćuczynić swojemu swoistemu „poczuciu sprawiedliwości”, nie mającemu nic wspólnego ze sprawiedliwością i podszytego do głębi etyką Kalego. To nie jest tak, jak mówi szef IPN, dr Jarosław Szarek, że degradacje „jest to wyraz zadośćuczynienia milionom Polaków, którzy byli przez dziesiątki lat w PRL-u niewoleni, marzyli o wolnej Polsce, a 13 grudnia te ich marzenia zostały w tak brutalny sposób zdławione”. Wbrew tej romantycznej wizji, ogromna większość Polaków przyjęła wówczas stan wojenny z ulgą.

Sam pamiętam spotkanie w rodzinnym domu w niedzielę 13 grudnia, kiedy do mojego Taty przyjechali koledzy w liczbie kilkunastu, prawie wszyscy członkowie Solidarności. Nie, nie głosili peanów na cześć WRON, ale wbrew obecnej propagandzie, ich największą troską było, aby nie doszło w Polsce do wojny domowej, do rozruchów, do tragedii rozlewu krwi. I to właśnie tej reakcji, a raczej – nazwijmy ją po imieniu – braku reakcji olbrzymiej większości społeczeństwa na stan wojenny, nie mogą dzisiaj znieść zwolennicy ideologii „wszystko albo nic”.

Bo Polacy odrzucili w 1981 r. straceńczy, ofiarny patriotyzm, nie dali się sprowokować do kolejnego „romantycznego” zrywu, w którym krew płynęłaby rynsztokami. Nie zachowali się, wg kryteriów dzisiejszych hiperpatriotów, jak należy. To ich boli, stąd nagromadzenie propagandy mającej zohydzić tych, którzy do rozlewu krwi nie dopuścili, stąd agresywna propaganda o „setkach ofiar stanu wojennego i dziesiątkach tysięcy aresztowanych”. Ale – rzecz ciekawa – ta całkowicie jednostronna i narzucająca się bez prawa sprzeciwu, bez prawa posiadania innego zdania, propaganda, ma niewielkie odzwierciedlenie w poglądach Polaków. Wciąż więcej (41% do 35%) rodaków uważa decyzję wprowadzenia stanu wojennego za słuszną. Faktycznie jest to liczba większa, gdy część ludzi ankietowanych zwyczajnie boi się ujawniać poglądy niezgodne z obowiązującą linią propagandy.

Z czym zatem mamy do czynienia w przypadku zapowiedzianych degradacji? Z próbą dokonania radykalnej zmiany postrzegania historii przez Polaków. Jestem daleki od używania słów nadużywanych przez hiperpatriotów, ale w tym wypadku ciśnie się na usta słowo „hańba” na określenie działań podejmowanych wobec osób, które nie spowodowały, ale zapobiegły masowemu rozlewowi krwi polskiej, i które zatrzymały proces staczania się praktycznej strony funkcjonowania ówczesnego państwa w niebyt. Niedoszłą, na szczęście, alternatywą dla tej sytuacji, był rozkład państwa i wysoce prawdopodobna interwencja wojsk układu warszawskiego, połączona z hekatombą krwi polskiej i z perspektywą zmian geopolitycznych, które mogłyby zaprowadzić „zanarchizowanych Polaków” do kolejnego rozbioru i wciśnięcia w ramy jakiegoś nowego księstwa warszawskiego.

Przy wszystkich rzeczywistych ofiarach stanu wojennego, błędach rządzących generałów i niezależnie od oceny późniejszych posunięć generała Jaruzelskiego, należy jemu i jego współpracownikom oddać, że udało im się uczynić rzecz przeciwną do tego, co zrobił i sprowadził na Polaków swoją decyzją gen. Tadeusz Bór-Komorowski ze swoim sztabem, dając rozkaz do rozpoczęcia powstania warszawskiego. Patrzmy na historie realistycznie, a nie ideologicznie.

Po latach wartością stanu wojennego jest zapobieżenie masowemu rozlewowi krwi polskiej, tak jak winą powstania warszawskiego jest hekatomba krwi i zniszczenie dorobku pokoleń. Z punktu widzenia historycznego, jak i z punktu widzenia narodu rozumianego, jako wspólnota przeszłych, obecnych i przyszłych pokoleń, nie jest istotne, że pierwsze dokonało się częściowo pod hasłami obrony socjalizmu, a wykonawcami byli ludzie przynajmniej deklarujący się jako komuniści, natomiast w drugim, ważne jest, że dokonało się pod najszczytniejszymi hasłami patriotyzmu. Ważne, pokazuje bowiem, że dzieje i życie narodu nie są prostym zbiorem formułek uważanych przez niektórych, czy nawet większość za najbardziej wzniosłe. Doskonale rozumieli te sytuacje i zależności polscy narodowcy, zarówno na emigracji, z Jędrzejem Giertychem na czele, jak i w Polsce z ks. Janem Stępniem czy Leonem Mireckim.

W sprawie degradacji generałów ważny jest atoli także drugi aspekt, a mianowicie powoływanie się na tzw. legalizm. Oto, czołowy hunwejbin prawdziwych patriotów, Sławomir Cenckiewicz, ogłosił, że nie jest zwolennikiem wchodzenia w kwestie stopni wojskowych, ale dlatego, ze nie uważa PRL za legalne państwo, a sił zbrojnych PRL za legalne siły zbrojne Rzeczypospolitej.

Takie stawianie sprawy jest wyrazem ślepej wiary w tzw. legalizm. Współcześni polscy legaliści uczynili już nawet nie świętość, ale bożka z II RP. To jest punkt odniesienia ich legalizmu, razem z groteskowym (przynajmniej od lat 50-tych) tzw. rządem na uchodźstwie. Przyjrzyjmy się zatem nieco owemu legalizmowi, gdyż właśnie w nim odbija się w największym stopniu etyka Kalego polskiej tzw. prawicy niepodległościowej, etyka podwójnych standardów i ocen.

Ich „legalizm” wywodzi się bezpośrednio z zamachu majowego, który był zamachem stanu skierowanym przeciwko jak najbardziej legalnym rządom konstytucyjnym RP, których jedyną winą było to, że nie były „nasze” w ujęciu Piłsudskiego i jego fanatycznej koterii. Ale idąc dalej, widzimy podbudowę owego „legalizmu” w przyjętej niezgodnie z przewidzianymi procedurami (a więc nielegalnie), konstytucji kwietniowej. Wreszcie, przypieczętowanie po wojnie – samowolna decyzja Augusta Zaleskiego o przedłużeniu prezydentury emigracyjnej. Doprawdy potężny fundament ma „legalizm”, na który powołują się dziś prawdziwi patrioci! Prawdziwy, praktyczny legalizm, kiedy mówimy o państwach, ma swoje źródło nie tylko i nie przede wszystkim w wewnętrznych ustaleniach, ale głównie w tzw. międzynarodowym uznaniu. A uznanie to zostało najpierw przez mocarstwa światowe (a za nimi, przez większość innych państw) cofnięte rządowi emigracyjnemu premiera Arciszewskiego, który stał na gruncie negacji rzeczywistości, następnie zaś, dokonane na rzecz rządu powstałego w Polsce w efekcie ustaleń jałtańskich.

To ten rząd i ta Polska była dla społeczności międzynarodowej legalna. Nie cofnięto ich uznania nawet po sfałszowanych wyborach 1947 r., ani w najgorszym okresie stalinowskim. Watykan, który najdłużej uznawał rząd emigracyjny, respektował, a przynajmniej nie sprzeciwiał się faktycznym zmianom jakie zaszły w Polsce pod względem organizacji kościelnej, co było ściśle związane z nową Polską i jej władzami.

Warto też wspomnieć, że legaliści odrzucający fakt międzynarodowego uznania, jako decydujący o legalności państwa, nie protestują przeciwko decyzji Rady Ambasadorów, a więc czynnika zewnętrznego, z 1923 r., dotyczącej przynależności Wileńszczyzny do Polski. Pomimo wewnętrznego uznawania przez Sejm w Warszawie i Sejm w Wilnie tego regionu za część Polski, dopiero decyzja zewnętrzna nadała mu atrybut legalności na arenie międzynarodowej. Nauka z tego jest taka, że nie możemy wybierać z historii tylko tego, co jest dla nas wygodne, lecz musimy starać się zachowywać obiektywne kryteria i stosować jednolite standardy, tym bardziej, że, jak to wielokrotnie podkreślałem, żyjemy w państwie będącym formalną i faktyczną kontynuacją PRL i podważanie jego legalności, zwłaszcza w kontekście jego kształtu terytorialnego (choć oczywiście nie tylko), jest działaniem na pograniczu szaleństwa.

Warto przy okazji dyskusji o legalności przypomnieć słowa Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego o państwie, takim, jakie ono za Jego życia było, czyli o Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej:

Zapis z 21.X.1980 r. ze spotkania ze Stanisławem Kanią, I sekretarzem KC PZPR: „Nie dostrzegłem, by ZZ (rodzące się wolne związki zawodowe – przyp. AŚ) godziły w zwartość Bloku (państw komunistycznych – przyp. AŚ). Wszyscy, którzy doceniają aktualną sytuację międzynarodową, wiedzą, że byłoby to niemożliwe. Zresztą Polska nie może mieć dwóch wrogów – musi z którymś sąsiadem współpracować (teza R. Dmowskiego). Właściwsza jest rzeczą dla nas współpraca ze Słowianami. To wszyscy rozumieją”.

Zapis z rozmowy z Jerzym Turowiczem 27.X.1980 r.: ”Nie trzeba zmniejszać czujności Narodu i nie uzbrajać go w awanturniczą gotowość do wszelkich porywów, by nie doprowadzić do rozlewu krwi”. Zapis z rozmowy z prof. Janem Szczepańskim z 14.XI.1980 r.: „Utrzymanie Państwa Polskiego leży w interesie Bloku. Rozsądek każe utrzymać Państwo Polskie, ale namiętności komponentów Bloku mogą stanąć na przeszkodzie rozsądkowi, i wtedy Państwo Polskie może być zagrożone. (...) Należy dążyć do utrzymania Państwa Polskiego, gdyż w centralnej Europie Polska jest warunkiem utrzymania równowagi politycznej Europy. Stąd trzeba Polsce pomagać, by wydobyła się z deflacji społ.-gosp.”

Z przemówienia do kombatantów 24.I.1981 r.: „Na pewno szlachetną rzeczą jest walczyć, ale w walce trzeba okazywać spokój, rozwagę i umiejętność doczekania się właściwej chwili. I mam wrażenie, Najmilsi, że obecnie jeszcze nie przyszła godzina. Może to nie są pocieszające życzenia na uroczystość, gdy się Chrystus rodzi. (…) W tej sali, kilka dni temu było ponad 250 chłopców w wieku 16-18 lat. (...) Patrzyłem na nich i myślałem: nie mogę zdobyć się ani na jeden krok nierozważny, który stałby się przyczyną śmierci tych chłopców, choćby jednego z nich. Bo choć na pewno doniosłą jest rzeczą pro Patria mori, ale sytuacja, w której żyjemy, wymaga żyć dla Ojczyzny. Nie tyle dla niej umierać, ile żyć dla niej. I to żyć mądrze, rozumnie, rozważnie, odpowiedzialnie, cierpliwie, przygotowując się do tych czasów, gdy będzie potrzeba nowych energii duchowych Narodu. (wszystkie cytaty pochodzą z książki Petera Rainy, Kardynał Wyszyński i Solidarność, Warszawa 2005)

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Dokąd zaprowadzi nas grzebanie w przeszłości? Czy prawdziwi patrioci zdegradują wszystkich żołnierzy tzw. ludowego Wojska Polskiego? Czy wezmą się za dalszą przeszłość? Dopadną generałów „wysługujących się” zaborcom w czasie I wojny światowej? A może zdegradują gen. Zajączka i zdetronizują Stanisława Augusta za podpisanie traktatów rozbiorowych? Cóż, obłęd nie jedno ma imię. Choć oczywiście fanatycy mają i swoje problemy jak np. problem degradacji Piłsudskiego za zamach stanu, nie mówiąc już o tym, że swój jedyny stopień wojskowy poza marszałkiem, otrzymał on od Austriaków, zaś władzę w 1918 od Rady Regencyjnej z nadania germańskich cesarzy.

Prawdziwi patrioci mają zaiste piękne wzorce w postaci pozbawienia obywatelstwa kilkudziesięciu oficerów PSZ w 1946 r. przez rząd Polski Ludowej. Tyle tyko że władze PRL po dwudziestu z górą latach wycofały się po cichu z tego skandalicznego aktu, a nawet przeprosiły. Kto i kiedy będzie przepraszał za Macierewicza i jego ekipę neo-jakobinów?

Adam Śmiech
Myśl Polska, nr 1-2 (1-8.01.2017)