Bolesne przebudzenie po zamachu w Berlinie

prasa 3.jpg
Niemcy w szoku. Karmieni poprawnością polityczna i niemocą polityków – zostali ugodzeni w samo serce. W Berlinie doszło do zamachu na jarmark bożonarodzeniowy, w którym zginęło 12 osób, w tym polski kierowca TIR-a. Tym razem jednak prasa w Niemczech nie zostawia na władzach suchej nitki.

„Neue Osnabrücker Zeitung” pisze: „Właściwie bez znaczenia jest czy poszukiwany sprawca jest Tunezyjczykiem, czy tzw. Państwo Islamskie ma coś wspólnego z tym masowym mordem, czy robi sobie tylko reklamę. Prędzej czy później, miejmy nadzieję, i tak dowiemy się prawdy. Jednak trzeba już dzisiaj powiedzieć jedno, że politycy pozostawili ludzi samym sobie. Są nikczemne próby wykorzystania śmiertelnych ofiar przeciwko uchodźcom. Mamy do czynienia z dziwnymi, pozbawionymi emocji odczytanymi oświadczeniami. Również kanclerz Merkel nie ma nic więcej do powiedzenia, poza tym, że sprawcy »zostaną ukarani z całą surowością prawa«.

„Manheimer Morgen” stwierdza: „W przypadku Anisa Amri najwyraźniej doszło do kilku błędów. Dowodzą one, że nie tylko niekontrolowany wjazd setek tysięcy uchodźców do Niemiec może być zagrożeniem dla bezpieczeństwa. Chodzi też o to, czym zajmują się oni na miejscu. Urzędy nie mają faktycznej kontroli nad tym, że ci, którzy podejrzani są o islamizację, przemieszczają się z jednego landu do drugiego. Nawet krytycy Merkel muszą przyznać, że w federacji, jaką są Niemcy nie można zrzucić całej winy na kanclerz”.

„Rhein-Zeitung” z Koblencji konstatuje: „Rząd po takim zamachu musi naturalnie rozważyć wprowadzenie kolejnych środków, np. szybszych procedur deportacyjnych oraz bezwzględniejszego obchodzenia się z osobami wywołującymi zagrożenie. Musi też dojść do wyczerpującego wyjaśnienia, które urzędy dopuściły się błędów, dając sprawcy swobodę w przeprowadzeniu zamachu. Nie można zamieść pod dywan faktu, że jego wniosek o azyl został odrzucony i jego pobyt był tylko tolerowany. Gdyby udało się go deportować, nie popełniłby zamachu. Latem i jesienią 2015 terroryści ze szczególną łatwością mogli się prześliznąć do Niemiec. Ale ta droga nie jest jedyną możliwością, by doprowadzić do zamachu”.

„Stuttgarter Zeitung” zauważa, że „Jeśli okazałoby się, że podejrzany o zamach ma na swym sumieniu 12 istnień ludzkich, trzeba będzie w poszczególnych landach jeszcze intensywniej przedyskutować procedury deportacyjne osób, którym odmówiono azylu. Trzeba też o wiele pilniej przedyskutować kwestie powstrzymania procesu radykalizacji i rekrutowania terrorystów wśród uchodźców. A jeśli okaże się na końcu, że jeden spośród 549 pochodzących ze środowisk islamskich i stwarzających zagrożenie, mógł rzeczywiście zaatakować, trzeba zastanowić się nad sposobami traktowania takich potencjalnych zamachowców”.

„Kölner Stadt-Anzeiger” z Kolonii komentuje: „To nie przypadek, że Nadrenia-Północna Westfalia raz po raz pojawia się w centrum islamskich ekscesów. Nad Renem i Ruhrą mieszka 2700 salafitów. Z 320 uchodzących latem 2015 za skłonnych do użycia przemocy zrobiło się tymczasem 600. Z tego 125 zaszeregowano do grupy stwarzającej „ekstremalnie zagrożenie”. O wiele za długo przyglądano się tej rosnącej subkulturze gardzącej państwem i ludźmi, za długo przyglądano się coraz większemu zagrożeniu. Pomimo wszystkich prewencyjnych programów szef resortu spraw wewnętrznych Ralf Jaeger powinien zadać sobie pytanie, dlaczego właśnie w Nadrenii-Północnej Westfalii liczba ekstremistów mogła tak wzrosnąć”.
Za: Deutsche Welle

Dzial: