Co dalej po upadku „Gazety Wyborczej”?

GW_0.jpg
Doszły mnie wieści, że „Gazeta Wyborcza” popadła w poważne tarapaty finansowe i że nawet sam redaktor Adam Michnik przyznał, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest odcięcie gazety od środków pochodzących z budżetu państwa: reklam i ogłoszeń, jakie przez wiele, wiele lat zamieszczano na łamach największej gazety ukazującej się w Polsce.

Oto na naszych oczach gazeta promująca od lat tzw. „wolny rynek” wydaje się upadać w momencie, gdy utraciła ochronę w postaci codziennego zastrzyku niemałych (!) środków pochodzących z podatków, płaconych przez obywateli na rzecz państwa. Nie jest tajemnicą, że ideowym podglebiem „Gazety Wyborczej” są środowiska związane przez wiele lat z ideologią marksistowską z jej rozmaitymi mutacjami. Po 1968 roku osoby wywodzące się z tych środowisk wykonały swoiste salto i z radykalnych bojowników o „prawdziwy” socjalizm, przekształciły się w piewców różnych „wolności”, włącznie z wolnością gospodarczą. Wszelako te abstrakcyjne „wolności” – podobnie jak wcześniej zagadnienie „wyzwolenia ludu pracującego miast i wsi” – były interpretowane mętnie i koślawo. Abstrakcyjne „prawa człowieka” ogłoszone w 1789 roku doprowadziły ich wyznawców do usprawiedliwienia stawiania gilotyn i do masowego mordowania „nieoświeconych” chłopów wandejskich.

Rewolucja 1917 roku przeprowadzona w imię wyzwolenia uciśnionych mas, zaowocowała wysyłaniem przedstawicieli tychże „mas” do ziemskiego piekła w Kołymie, nie wspominając o przedstawicielach „reakcji”, dla których „właściwe” miejsce znajdowało się w dołach wykopywanych w Katyniu i innych miejscach masowych mordów. Przy takich ekscesach, współczesne doktrynerskie interpretacje „praw człowieka” i „wolnego rynku” jawią się jako drobne zniekształcenia, ale nigdy nie należy zapominać, że mętne i koślawe ideologie – o ile nie zanikną w naturalny sposób – mogą doprowadzić do unicestwienia Ładu, czego konsekwencje są zazwyczaj nader bolesne i długotrwałe.

Wracając jednak do przerwanego wywodu: wolność gospodarcza, podobnie jak pojęcie „liberalnej demokracji” rozumiane było dotychczas w taki sposób, że oto „MY” mamy władzę i pieniądze i nie należy nam przeszkadzać ani w prowadzeniu jedynie słusznej polityki ani w pomnażaniu naszych zasobów. „Każdemu kto występuje przeciwko naszej władzy i wyciąga łapy po nasze pieniądze, mówimy nasze stanowcze: nie!” Ten infantylny i zideologizowany schemat myślenia dominował przez wiele lat w przestrzeni publicznej, zapewniając przewagę i władzę środowiskom bliskim „Gazecie Wyborczej”. Trudno w to uwierzyć, ale dominacja rozedrganych młodzieńców z pokolenia „dzieci kwiatów” i ich infantylnych wielbicieli jest bezdyskusyjnym faktem. Mieliśmy okazję przekonać się, że dla tych środowisk demokracja jest dobra dopóki władzy nie obejmą ci, którzy byli skazani na bycie wieczną opozycją, „chłopcami do bicia”, na dożywotnie pełnienie roli straszaka.

W momencie gdy do władzy dochodzi opozycja, ta prawdziwa, a nie jedynie uchodząca za opozycję, następuje histeryczny atak na procedury demokratyczne, a nawet na istotę demokracji. Podobnie, gdy środki publiczne przestają płynąć tam dokąd powinny, to znaczy nie zasilają „naszych” inicjatyw, fundacji, gazet, muzeów: rozlega się gniewny okrzyk skrzywdzonego dziecka. Momentalnie zmienia się ocena „wolnego rynku”: oczywiście środki publiczne „należy” wydawać na „określone” cele. O ile wcześniej rzekomo „nie było” pieniędzy na programy pomocowe, takie jak „500+”, a ponadto rozdawnictwo pieniędzy dla wielodzietnych rodzin miało prowadzić do „demoralizacji” - o tyle teraz nie ma w ogóle dyskusji: środki na teatr czy konferencję albo wspieranie „naszych” inicjatyw muszą się znaleźć i basta.

Wielu prawicowych komentatorów cieszy się na wieść o zbliżającym się końcu „Gazety Wyborczej”. Ja jej bynajmniej nie popierałem i nie kupowałem, ale widzę rzecz inaczej. Cieszyłbym się razem z nimi, gdyby kryzys gazety Michnika wynikał z utraty czytelników na rzecz innej, prawicowej, czy choćby neutralnej, ale rzetelnej i obiektywnej gazety. Niestety, upadek „Wybiórczej” stanowi jedynie fragment szerszego procesu defragmentacji społecznej. Czasopisma opiniotwórcze, o różnorodnych obliczach, w przeszłości kształtujące opinię publiczną, urabiające swoisty consensus - znikają z rynku i odchodzą na margines. Zwolennikom mediów społecznościowych odpowiadam: one nie zastąpią poważnych czasopism oddziaływujących na główny nurt opinii publicznej. Niestety, miejsca zwolnionego przez polską inteligencję nikt nie wypełnia. Elita – mniejsza o to jaka - przestaje pełnić rolę zwornika społecznego Ładu. W konsekwencji, słabość elity prowadzi do rozpadu społeczeństwa. I ten destrukcyjny proces w przyszłości zmiecie z powierzchni również ideowe, ale niszowe środowiska prawicowe.

Prawda, że „Gazeta Wyborcza” odegrała niemałą rolę w dziele świadomej destrukcji Ładu. Obecnie pada ofiarą procesu, jaki sama – jeśli nawet nie wywołała – co najmniej wzmacniała i przyspieszała. Ale to naprawdę niewielka pociecha. Co z tego, że na naszych oczach wywraca się okręt wroga, jeśli na morzu szaleje burza, która wkrótce może wywrócić nasze małe prawicowe łódki? Na horyzoncie nie widać ani struktur wyłaniających elitę z prawdziwego zdarzenia, ani mechanizmów, które mogą wzmocnić nadwyrężone struktury społeczne. Kościół katolicki trzeszczy w posadach, szkoły znajdują się w kryzysie, tracimy młodzież. Mniej więcej podobnie wyglądały ostatnie wieki starożytności, gdy Cesarstwo rzymskie chyliło się ku upadkowi.

Zanikała liberalna edukacja (nie mylić ze współczesnym liberalizmem!), pomimo rozwoju chrześcijaństwa triumfował hedonizm i relatywizm, rozpadały się więzi społeczne, natomiast rosła rola kosmopolitycznego lumpenproletariatu. Rzym upadł nie tylko dlatego, że zabrakło chętnych do jego obrony przed barbarzyńcami. Problem polega na tym, że zabrakło ośrodków kształtujących opinię publiczną, zabrakło wpływowych elit, wokół których skupialiby się świadomi obywatele. Zanim ostatecznie runęły mury obronne, dokonał się proces dezintegracji społecznej. Filozofowie przestali pełnić rolę autorytetów. Zdemoralizowani mieszkańcy miast nie tylko nie chcieli bronić się, ale nawet nie mieli świadomości czego i po co bronić.

dr Wojciech Turek
Myśl Polska, nr 49-50 (4-11.12.2016)