Trumporealizm

trump ja 2.jpg
Po wygranej Donalda Trumpa w środowiskach liberalnych i globalistycznych zapanowała nie tylko żałoba, ale przerażenie. To jest oczywiście zrozumiałe. Bardziej ciekawe są reakcje tych, którzy ucieszyli się z wyboru Trumpa.

Można ich podzieli na trzy kategorie – pierwsza grupę stanowią ci, którzy udają, że się cieszą. W Polsce jest to przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość. Partia, której kierownictwo do końca grało na Hillary Clinton jako na „mniejsze zło”. „Większym złem” był Trump, bo od początku zapowiadał rewizję szaleńczej polityki wobec Rosji, a to w PiS-ie uznawane jest za herezję. Clinton, choć wredna ideologicznie, była jednak dla PiS bardziej strawna jeśli chodzi o „twardą” politykę wobec Putina, który – jak wiadomo – jest w tym ugrupowaniu traktowany nie tylko jako wróg Polski i jej niepodległego bytu, ale także jako wróg całej ludzkości. Stosunek do Rosji jest dla PiS jedynym kryterium oceny zjawisk i osób.

Dlatego Hillary Clinton, mająca wyraźnie obsesję na punkcie Rosji (motywowana w dużej mierze jej lewackimi poglądami) – była dla PiS bardziej pożądana niż Trump. To jest oczywiste i nie zmienią tego obecne obłudne deklaracje czołówki tego ugrupowania. W rzeczywistości na szczytach władzy w PiS panuje konsternacja i strach. Jeśli bowiem Trump dogada się z Putinem, to polityka polska – jeśli w ogóle można ją tak nazwać – znajdzie się na całkowitym marginesie. O ileż w lepszej sytuacji są Węgry czy Czechy, tam nie muszą się o nic martwić, bo przywódcy tych państw byli mądrzejsi niż polscy doktrynerzy, bo Budapeszt i Praga nie dały się wciągnąć w bezalternatywną politykę wspierania „demokratycznej” Ukrainy i antyrosyjskiej krucjaty. A u nas? Andrzej Duda startował z opinią człowieka, który ma dystans do Ukrainy, a skończył jako jedyny przywódca z zagranicy na banderowskich obchodach Święta Niepodległości w Kijowie.

Tak więc pisowcy robią dobrą minę do złej gry, pocieszając się, że Trump szybko zweryfikuje swoje zapowiedzi albo zostanie do tego zmuszony. A jeśli nie, to co?

Druga kategoria cieszących się z wygranej Trumpa, to ci, którzy uważają, że oto dokonała się konserwatywna rewolucja, że lewacki Zachód wydobył się z bagna i teraz będzie już tylko lepiej. Oczywiście są to oczekiwania na wyrost – Trump wygrał o włos, nadal ma przeciwko sobie potężne siły, mające ogromne środki i wpływy. Sam Trump mówił o tych siłach w jednym ze swoich ostatnich przemówień przed wyborami. Ludzie ci nie rozpłynęli się w nicość, będą czekać na swoją okazję do rewanżu – czy za cztery lata czy wcześniej – oto jest pytanie. Są tacy, którzy wieszczą, że Trump nie dotrwa do końca kadencji, powołują się na los Johna Kennedy`ego, ale wydaje się, że to nie te czasy, są inne metody walki z wrogiem. Można więc powiedzieć, że wygrania Trumpa to tylko początek procesu, a nie jego zakończenie.

Wreszcie trzecia grupa, to zwolennicy Trumpa, ale wybrzydzający. A to, że miał trzy żony, a to, że popiera Izrael (tak jakby w USA można było inaczej), a to, że być może jego wygrana to trick establishmentu, którego jest reprezentantem, a to, że niczego nie zmieni itp. Jeszcze inni piszą, żeby nie ulegać trumpofilii. Oczywiście ostrożność trzeba zachować, ale z drugiej strony można też powiedzieć – cytując Bolesława Piaseckiego – „nie miejcie pretensji do marksistów, że nie są katolikami”.

Trump na pewno nie jest politykiem, który spełniałby wszystkie kryteria wybrednych maksymalistów, takich polityków zwyczajnie nie ma, a jeśli są, to mogą liczyć na 1 procent głosów. A w tym przypadku alternatywą dla Trumpa była Hillary Clinton i to co za nią stało – czyli partia wojny światowej. Oczywiste jest także to, że Trump nie jest samotnym jeźdźcem, któremu udało się wygrać przy pomocy narodowego zrywu cały amerykański establishment. Tak nie było – jestem przekonany, że za Trumpem stoi ta część tego establishmentu, która widziała od dawna, że polityka amerykańska staje się groźna nie tylko dla świata, ale i dla samej Ameryki. Widoczna była dyskretna, a w niektórych sytuacjach i ostentacyjna pomoc dla Trumpa ze strony ludzi służb specjalnych, w tym FBI i byłych pracowników CIA. Skutecznie przyczynili się oni do zrujnowania wizerunku Hillary Clinton.

Pewnie za Trumpem stały także inne amerykańskie ośrodki. Bowiem tak naprawdę ta kampania była jednocześnie wielką batalią wewnątrz establishmentem, głównie zaś wewnątrz establishmentu Partii Republikańskiej. Tam także przegrała partia wojny ze złowieszczą postacią Johna McCain, którego zresztą Trump ostro zaatakował już na początku kampanii, uderzając w jego mit niezłomnego żołnierza. Okazało się już wtedy, że Trumpowi to nie zaszkodziło, a sam wybór celu ataku nie był przypadkowy – Mc Cain to symbol degrengolady Partii Republikańskiej, nota bene u nas traktowany był niemal jak bożyszcze.

Tak, za Trumpem też stoi amerykański establishment, ale ten bardziej racjonalny i odpowiedzialny, mniej ideologiczny, pozbawiony naleciałości neokonserwatywnych i mesjanistycznych. Trump był tylko taranem, przy pomocy którego rozbito przeciwnika. Zwycięstwo Trumpa ma przede wszystkim jedno zasadnicze znaczenie – jest szansą na przerwanie procesu wiodącego wprost ku światowemu konfliktowi zbrojnemu o trudnych do przewidzenia konsekwencjach. Polska mogła stać się główną ofiarą tego konfliktu, o czym zaczadzeni polscy politycy zdawali się nie wiedzieć, albo udawali, że wiedzą. I choćby z tego powodu musimy się cieszyć ze zwycięstwa Donalda Trumpa. Inne kwestie są sprawą otwartą – także ta bardzo ważna, czy triumf Trumpa nie uruchomi lawiny, która zmiecie do końca rządy demoliberałów, globalistów i lewackich doktrynerów. Sam fakt, że ktoś taki jak Trump stanął na czele najpotężniejszego państwa sprawia, że dotychczasowy mainstream nie jest już mainstreamem, ale walczącym o przetrwanie trupem politycznym.

Jan Engelgard
fot. profil fb Donalda Trumpa