Między Wajdą a Smarzowskim

wajda 2.jpg
Październik to miesiąc bardzo mi bliski. Niegdyś w tym miesiącu pojawiłem się na świecie, ale cóż tam ja, ważniejsze są październikowe rocznice historyczne oraz wydarzenia bieżące. Tak się złożyło, że w 2016 r. dotyczą one głównie wojska i filmu.

Siódmego dnia mocno jesiennego w tym roku października mieliśmy ogólnopolską premierę wspaniałego filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, a już tydzień później nasi wypróbowani „bezalternatywni przyjaciele” czcili pamięć morderców z OUN/UPA podniosłym marszem na ulicach Kijowa i wielu innych miast Ukrainy. W międzyczasie banderowski szef ukraińskiego IPN-u, znany konfabulator Wołodymyr Wiatrowycz uznał w wywiadzie dla Gaz.Wyb. rozkaz Kłyma Samura dotyczący wymordowania Polaków na Wołyniu za fałszywkę KGB, wprowadzoną do obiegu przez szefa wołyńskiego archiwum KPZR.

Wywiad kończy się radosną refleksją Wiatrowycza: „Rok temu w sondażu Rejtinh liczba sympatyków UPA na Ukrainie po raz pierwszy w historii była większa niż przeciwników. To Majdan, nie ja, rozpoczął zmianę stosunku Ukraińców do OUN i UPA. Ludzie dowiedzieli się z rosyjskiej propagandy, że są banderowcami, więc zaczęli sprawdzać, co to w istocie takiego. I od tej pory mamy ciągły wzrost popularności ukraińskiego nacjonalizmu”. Wypowiedź ta jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, mówi nam o jakości źródeł, w których Ukraińcy (ludzie) zaczęli sprawdzać co to takiego OUN/UPA. Po drugie zaś, zadaje kłam bajeczkom rozpowiadanym w Polsce przez polityków pokroju pp. Waszczykowskiego, Piekło etc. o marginalnym i nie rozwojowym charakterze nacjonalizmu ukraińskiego. Nic tylko podziękować Wiatrowyczowi!

Ostatnie dni przyniosły także straty kulturze polskiej. Odeszli Andrzejowie: Wajda i Kopiczyński. Ludzie oczywiście odmiennego formatu. Wajda, ktoś kogo Anglosasi określają idiomem „larger than life”, jako wykraczającego poza standard, poza zwykłą ocenę. W godzinie jego śmierci pomińmy niefortunne wybory polityczne, zwłaszcza po 1989 r., pewien koniunkturalizm, także z punktu widzenia sztuki filmowej (wpisanie się trochę na siłę w nurt „kina moralnego niepokoju”). Na pewno był to wielki polski reżyser, który nakręcił tak znakomite filmy jak „Kanał”, :Popiół i diament”, „Lotna”, „Wszystko na sprzedaż”, „Brzezina”, „Człowiek z marmuru”, „Bez znieczulenia”, „Panny z Wilka”, „Danton” itd., ale także takie perełki jak nowela filmowa „Przekładaniec” (z Filipskim i Kobielą). Wajda to jednak dla mnie przede wszystkim arcydzieło – „Ziemia obiecana”, pomimo pewnych odstępstw od Reymonta i nieco odmiennego rozłożenia akcentów, film absolutnie wybitny, który powstał w najlepszym możliwym czasie.

Jestem przekonany, że gdyby "Ziemia obiecana" powstała po 1989 r. byłaby tylko marnym cieniem filmu z lat 70-tych. Tak, po przełomie politycznym Andrzej Wajda nie do końca się odnalazł. Część jego twórczości w tym okresie nosi znamiona wychodzenia naprzeciw zamówieniom politycznym, czy też kręcenia pod tezę z wiadomych ośrodków. Nie było jeszcze premiery „Powidoków”, stąd na razie najlepszym filmem Wajdy z ostatnich 25 lat jest dla mnie trochę teatralny „Wyrok na Franciszka Kłosa” na podstawie prozy Stanisława Rembeka. Wajda to także filmowe adaptacje polskiej klasyki, wreszcie teatr z Szekspirem i Dostojewskim na czele, a także cyklem Z biegiem lat, z biegiem dni przeniesionym później na ekran telewizyjny. Żegnając Wajdę zachowajmy w jak najlepszej pamięci choćby te wyżej wspomniane dokonania…

Andrzej Kopiczyński, dla ogromnej większości pozostanie na zawsze sympatycznym i jakże wszystkim bliskim Czterdziestolatkiem, dla mniej licznych Kopernikiem, a dla mnie głównie porucznikiem Wiktorem Kotarskim z „Jarzębiny czerwonej” Ewy i Czesława Petelskich, filmowego fresku o wielkiej polskiej bitwie – zdobyciu Kołobrzegu w 1945 r. Bohater Kopiczyńskiego zaczął swój wojskowy marsz pod Lenino. Rocznicę tej ważnej bitwy polskiego żołnierza obchodzą dzisiaj już tylko nieliczni, „o podejrzanych sowiecko-komunistycznych konotacjach”. Dane mi było w ubiegłym roku, przy pięknej pogodzie w Warszawie, uczestniczyć w skromnych obchodach tej rocznicy pod Grobem Nieznanego Żołnierza, na zaproszenie sympatycznej i niezwykle wytrwałej w dochodzeniu do założonych celów kompanii płka Tadeusza Kowalczyka. Z udziałem przedstawicieli Rosji i Białorusi, a bez władz polskich widzących w Berlingowcach jedynie „polskojęzyczne oddziały armii sowieckiej”. Postsolidarnościowe elity brzydzą się szlakiem krwi i chwały 1 i 2 Armii WP, za to rozdają ordery osobom co najmniej dziwnym. I to znów w październiku!

Pan Prezydent RP raczył właśnie uhonorować Ryszarda i Jerzego Kowalczyków, którzy w 1971 r. wysadzili aulę Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski(?). „Opole ma swoich niezłomnych” – krzyczy strona urzędu wojewódzkiego w Opolu. „Bracia Kowalczykowie to kontynuatorzy walki o wolna Polskę” – mówi minister Patryk Jaki. Doprawdy? Widzimy, jak myślenie o PRL kategoriami „okupacji sowieckiej” rodzi zatrute owoce. W 2002 r. ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński, składając kasację, doznał kompromitującej porażki przed Sądem Najwyższym, gdyż jego urzędnik nie mając pomysłu na podważenie wyroków z lat 70-tych, posunął się do sugestii, że motywem skazanych była nie chęć osłabienia władzy ludowej, ale ich… skłonności do destrukcji i fascynacja pirotechniką! Tak, czy siak, Brunon K. może, nie bez widoków powodzenia, oczekiwać w przyszłości prezydenckiego uznania takim, czy innym orderem. Więcej o październiku już ani słowa.

Adam Śmiech