„Wołyń”– film wybitny i potrzebny

wolyn smiech.jpg
Byłem na „Wołyniu” Wojciecha Smarzowskiego. Jednym zdaniem – wielkie wrażenie, które wymaga stosownego komentarza.

Uwaga wstępna dotyczy tego, że czym innym będzie ten film dla człowieka, który nie wie nic o ludobójstwie na Wołyniu, bądź wie niewiele, tzn. słyszał o nim w mediach, obejrzał felieton w wiadomościach albo nawet czytał/oglądał rozmowę/dyskusję o tej tragicznej karcie polskiej historii, a czym innym będzie dla ludzi takich jak ja, którzy przeczytali na ten temat wiele książek, a zwłaszcza relacji tych, którzy przeżyli. Bo to jest film nie o tym, kto, kiedy, jak i dlaczego.

Nie ma tu dat, nazwisk przywódców, przedstawienia struktur. Naturalnie, koło historii toczy się obok bohaterów i porywa ich bez pytania o zdanie, i widz domyśla się, co (i kiedy) się właśnie dzieje na jego oczach – pod warunkiem, że zna podstawowe fakty dotyczące przebiegu II wojny światowej na ziemiach polskich.

To film jednak przede wszystkim o tym, jak lata 1939-43 wyglądały z punktu widzenia zwykłego polskiego mieszkańca tych terenów – zazwyczaj chłopa. Oczywiście pewne elementarne informacje o naturze szowinizmu ukraińskiego musiały zostać przekazane, ale dzieje się to przy pomocy tzw. przebitek, w których narracja odchodzi od punktu widzenia polskich włościan na rzecz właśnie ukazania ważnych fragmentów historii nakręcających spiralę tragedii, czy to w postaci galicyjskich emisariuszy OUN na Wołyń, działających jeszcze przed wojną i podkręcających miejscowych Ukraińców do nienawiści wobec Polski i Polaków, czy recytujących przy ognisku tzw. Dekalog ukraińskiego nacjonalisty, rozgorączkowanych dosłownie i w przenośni, banderowców, czy poprzez osobę oszalałego z nienawiści księdza grekokatolickiego, święcącego narzędzia mordu – siekiery, cepy, noże.

Ale przede wszystkim to, jak powiedziałem, narracja prowadzona oczami polskich chłopów, zagubionych, nie wierzących w to, co się dzieje dokoła i nie mających do końca pomysłu na ratunek. To także dramatyczna nieobecność AK, wynikająca głównie z braku i słabości polskiej inteligencji na tym terenie (nieduża ilość już przed wojną, a potem wywózki w głąb ZSRR). Pamiętajmy, że 27 Dywizja Wołyńska to dopiero 1944 r. i pokłosie m.in. tego, co się stało wcześniej. Nie ma też pokazanych zorganizowanych samoobron polskich wsi (Przebraże, Rybcza, tytułem przykładu). Wg Wojciecha Smarzowskiego zabrakło pieniędzy na nakręcenie tych scen.

Trochę szkoda, bo tak obserwujemy tylko próby tworzenia pierwszych samoobron, na ogół nieudane z powodu nie przyjmowania do wiadomości przez polskich chłopów grozy sytuacji. Smarzowski wybrnął z tego braku w ten sposób, że film w istocie kończy się, jak można domniemywać, na lipcu 1943 r., zatem nie ma już w nim miejsca na tworzące się dopiero wówczas samoobrony, ani tym bardziej na ocalenie (tak, ocalenie), które przychodzi wraz z nadejściem Armii Czerwonej w 1944 r. Ale poza tymi koniecznymi refleksami historii oglądamy tragedię Wołynia oczami polskich włościan, opuszczonych przez Polskę (nie z jej winy) ludzi o niewielkiej wiedzy o otaczającym ich świecie, w większości analfabetów, w których domach nie ma książek i gazet, żyjących życiem, którego ramy wyznacza od wieków natura, którym na barki wrogowie wrzucili ciężar, którego oni nie są w stanie unieść – ciężar polskości, którą owi wrogowie zdefiniowali jako zagrożenie, które należy eksterminować, trzeba wyrżnąć.

Widzimy jak nieudolnie próbują się bronić przed rozszalałym szowinizmem ukraińskim, jak brakuje im przewodnika, brakuje im tej zorganizowanej Polski. Inteligenci przemykają przez film jak efemerydy. To księża, to kapitan Zygmunt Krzemieniecki wzorowany na poecie i orędowniku jedności polsko-rusińskiej Zygmuncie Janie Rumlu, rozerwanym końmi podczas próby „negocjacji” z banderowcami. I tyle. Oczywiście mąż głównej bohaterki (niechciany, małżeństwo zaaranżowane przez ojca) jest kimś w rodzaju ćwierć-, czy półinteligenta (jest kapralem WP, sołtysem), potrafi przeczytać łacińską modlitwę pogrzebową, kiedy zabraknie już księży, jest niewątpliwym patriotą, którego patriotyzm krzepnie pod wpływem przeżyć Września ’39. Generalnie jednak mamy do czynienia z zagubioną polską masą. Nie jest to zarzut, przeciwnie, znając setki relacji z tamtych czasów, stwierdzam, że to obraz bardzo prawdziwy. W pewnym momencie, kiedy orgia banderowskich zbrodni rozpoczyna swoją filmową kulminację – być może bez intencji twórców – obraz Smarzowskiego wydaje się inspirować arcydziełem Elema Klimowa z lat 80-tych XX w. – „Idź i patrz”.

Główna bohaterka ratując siebie i swoje dziecko przed ciosem zbrodniarzy, rozpoczyna tragiczną drogę przez mękę, wszędzie natykając się na ślady straszliwych rzezi. Jak nastoletni Flora u Klimowa, odwiedza opustoszałe, spalone domostwa, znaczone trupami domowników. Jednak o ile film Klimowa był w swoich czasach wielki także ze względu na najmocniejsze odejście od swego rodzaju sztampy – oczywiście z wyjątkami - w pokazywaniu okupacji niemieckiej w kinematografii ZSRR, o tyle „Wołyń”, nie waham się tego powiedzieć, również wielki film, pełni jeszcze jedną, bardzo istotną rolę – oczyszczającą. Mówi nam, jak było na Wołyniu, oczyszcza polską pamięć z kłamstw, półprawd i naleciałości. W tym sensie zbliża się nawet do „Pasji” Mela Gibsona, mówię to przynajmniej we własnym imieniu, gdyż i tam i tu, cisnące się do oczu łzy były silniejsze od woli człowieka.

Dla widzów, którzy, jak niżej podpisany, czytali relacje ocalałych, film Smarzowskiego jest jak jedno wielkie, nieustające deja vu. O wszystkich sytuacjach opowiedzianych w filmie wiedzieliśmy już wcześniej z lektur. Widzieliśmy je oczyma wyobraźni. Teraz oglądamy je jako „ruchome obrazy” i, przynajmniej w moim przypadku, odpowiadają one wyobrażeniom. To zasługa i scenariusza (także autorstwa reżysera), jak i pisarza Stanisława Srokowskiego, na którego twórczości filmową historię oparto.

Słowo o kreacjach aktorskich. Tradycyjni aktorzy Smarzowskiego, Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, potwierdzają klasę, świetni są aktorzy grający Ukraińców, w szczególności odtwarzający role emisariusza OUN Bohdana, późniejszego policjanta w służbie niemieckiej, sołtysa – wyjątkowej kanalii wysługującej się z równym entuzjazmem Sowietom i Niemcom, wreszcie ukraińskich braci rozdartych nienawiścią, których los jest przesądzony bez względu na dokonane wybory.

Wolyn_4_0.jpg

Wszystkich przebija jednak Michalina Łabacz grająca główną bohaterkę. Co za świetny wybór do obsady tej roli w wykonaniu Smarzowskiego! Jakie szczęście, że p. Michalina jest debiutantką, że nie musieliśmy jej oglądać wcześniej w tasiemcowych serialach tv. Młoda aktorka jest autentyczna, nie szarżuje, buduje swoją postać spokojnie, począwszy od zakochanej nastolatki przed wojną, której młodość zostaje brutalnie przerwana ustaleniami matrymonialnymi ojca, poprzez zahukaną młodą żonę z dwójką dzieci męża z pierwszego małżeństwa, z wymagającą, nieprzyjemną teściową, wreszcie z samym niechcianym mężem, z którym ma bardzo trudny kontakt nie tylko ze względu na okoliczności zamążpójścia, ale i ze względu na różnicę wieku, aż po silną kobietę – matkę i gospodynię, podejmującą wyzwanie tragicznych czasów, kiedy zostaje sama z trójką dzieci wobec ogromu zbrodni. Nie może uratować wszystkich, ale ratuje siebie i swoje dziecko (pięknie i naturalnie poprowadzona „rola” małego chłopczyka), często reagując automatycznie, instynktownie, tak, jak w przypadku dołączenia do oddziału żołnierzy niemieckich. Znakomity debiut Michaliny Łabacz.

Na odrębne zdanie zasługuje atmosfera filmu, za którą odpowiada niemal całkowity brak muzyki w tle. Pojawia się ona jedynie w scenach, kiedy rzeź osiąga swoje apogeum.

Czy „Wołyń” to film bez wad? Na pewno nie, ale moim zdaniem nie są one na tyle istotne, aby wpłynąć na ogólną wysoką ocenę dzieła Smarzowskiego. Gdzieś w okolicach połowy, czy też zbliżania się do połowy, akcja na chwilę lekko siada. Być może był to efekt zamierzony, bo tak wyglądało życie w danym okresie czasu, ale ja w każdym razie odniosłem takie wrażenie. O braku rozwiniętego wątku samoobrony i braku zakończenia, które byłoby ocaleniem, już pisałem. Tak naprawdę nie podoba mi się jedna scena, w której Maciej Skiba (Jakubik) uderza swoją młodą żonę (Łabacz) pięścią. Jest w niej coś niepotrzebnie zbyt brutalnego, nie do końca pasującego do postaci Skiby.

W filmie brakuje też sceny, która dokumentowałaby pomoc partyzantów radzieckich, szczęśliwie, zostali oni pokazani w dość pozytywnym kontekście. Pojawił się zarzut, że w filmie jest mało Niemców. Rzeczywiście jest ich mało, ale czy to można odbierać jako zarzut? Moim zdaniem nie. Znów odwołuję się do przeczytanych relacji świadków – tak rzeczywiście było. Niemcy siedzieli w miastach – takie zdanie pada również w filmie. Owszem, pojawiali się w miejscach mordów, często powiadomieni przez ocalałych Polaków, bądź z innych powodów (jak ów maszerujący oddział), ale generalnie, we wioskach byli obecni tylko wówczas, kiedy należało ściągnąć kontyngent. Paradoksalnie, także dzięki nim mamy dziś stosunkowo bogaty materiał fotograficzny. Sceny robienia zdjęć przez Niemców Smarzowski nie omieszkał również umieścić w swoim filmie.

smazrowski.JPG

Nie znajduję niczego innego, co mógłbym uznać za niepotrzebne, nieprawdziwe, naciągane. Dramatyczna scena polskiego odwetu pokazuje, że wojna to nigdy nie jest coś czego moglibyśmy pragnąć, bo nawet uzasadniony odwet uderzyć może i uderza ślepo. Wspomniane przebitki dają spójny obraz narastania szaleństwa, nie pominięto nawet takich rzeczy jak instrukcje banderowców, aby przebierać się za Sowietów/Rosjan. Uczciwie pokazani są Żydzi, ich postawy wobec Sowietów, postawy Polaków wobec Żydów, wraz z pomocą i postawą stania obok, ze względu na zagrożenie życia etc., etc. A trzeba wiedzieć, że pojawiły się już recenzje, którym wiele się nie podoba. Oczywiście, prawem każdego krytyka jest zgodna z jego sumieniem ocena omawianego dzieła, ale także wolność krytyki musi mieć faktyczne podstawy.

Zawodowi rusofobi odbierają film pod kątem braku akcentów antyrosyjskich. Rzekomo Smarzowski omija temat „rosyjskiego ludobójstwa”, „rosyjskiej rasistowskiej nienawiści” do Polaków. Ani represje aparatu państwowego ZSRR nie były rosyjskie, ani reżyser niczego istotnego nie pomija. NKWD pokazane jest na pewno nie neutralnie, rozkułaczanie i ateizacja też nie są pokazane jako spotkanie koła gospodyń wiejskich. A już zarzut dotyczący zbyt łagodnego pokazania partyzantów radzieckich jest typowo rusofobicznym strzałem w stopę. W stopę kresowian, którzy dzięki pomocy tej partyzantki w wielu przypadkach ocaleli.

Inni krzyczą „Wołyń zmarnowana szansa na realne pojednanie z Ukraińcami” (Adam Balcer, Studium Europy Wschodniej UW, "Dziennik Gazeta Prawna", 5.10.2016), zaś szczególnie absurdalną wypowiedzią popisał się prof. Andrzej Zybertowicz, doradca Prezydenta RP ds. bezpieczeństwa, który po premierze powiedział: „Oto krótki czarny scenariusz: film powoduje, przy pomocy rosyjskiej agentury i naszych własnych fanatyków, rozognienie sytuacji do tego stopnia, że sprawy się wymykają spod kontroli. Wyobrażam sobie efekt, w którym film mający być opisem prawdy, dzięki której przezwyciężymy niebywale trudną fazę naszych dziejów, stanie się w czyichś rękach zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa”. Bez komentarza.

Natomiast p. Balcer kreśli inną wstrząsającą wizję: „[Smarzowski] Mógł jednak zastanowić się, czy liczne sceny pokazujące Ukraińców zbrodniarzy maszerujących z flagami, stojących przy ogniskach i wznoszących wielokrotnie okrzyki „chwała Ukrainie, bohaterom chwała" nie skojarzą się przypadkiem wielu Polakom z kijowskim Majdanem”. Spieszę uspokoić p. Balcera – wielu Polakom te okrzyki kojarzyły się i przed Majdanem, i w czasie Majdanu. I co najważniejsze – kojarzyły się słusznie. Film Smarzowskiego nie był potrzebny do wywołania tych skojarzeń u większości Polaków, nie tylko zybertowiczowych tzw. fanatyków, ale jeśli ktoś skojarzy sobie dopiero po obejrzeniu filmu, to bardzo dobrze. Lepiej bowiem późno niż wcale, jeżeli chodzi o zrozumienie z jak wielkim oszustwem politycznym mamy do czynienia na kierunku ukraińskim w Polsce.

Reasumując, Wojciech Smarzowski zrobił film wybitny. Nie ma w nim ani krzty propagandy. Staje w jednym szeregu z wybitnym obrazem Jana Komasy „Miasto 44”, a przewyższa go tym, że traktuje o sprawie oficjalnie przemilczanej i poprzekręcanej przez chorobliwą ukrainofilię i polityczną poprawność. Ma on służyć i służy prawdzie, pokazując całą paletę zachowań i epizodów wziętych wprost z życia, z historii.

Jest to film dla Polaków – dla ocalałych i ich potomków, dla tych, którzy nie preferują lektury, jako źródła wiedzy, dla tych, którzy przez lata stworzyli system wybielający banderowskich bandytów, usprawiedliwiając ich zachowania i dla nas wszystkich, ceniących sobie prawdę ponad zakłamany interes polityczny. Jak ten film wpłynie na Ukraińców, to rzecz drugorzędna. W każdym razie, pojednanie jest uzależnione przede wszystkim od wyboru cywilizacyjnego strony ukraińskiej. Trwanie w kłamstwie i dalsze budowanie tożsamości ukraińskiej na fundamencie przerażających zbrodni, pojednania nie przyniesie nigdy.

Adam Śmiech

Dzial: