Warszawskie drogi

warszawa 1.jpg
„Można tęsknić do jakichś dawnych zjawisk, których dziś nie ma i już na pewno nie będzie. Nie będzie już wąsatego ciecia z miotłą i w fartuchu, otwierającego za opłatą bramę kamienicy po jedenastej wieczorem. Nie będzie już policjanta stojącego (jak nazwał to Wiech) na balii, na środku skrzyżowania i przy pomocy umownych znaków, robiącego to, co dzisiaj realizuje się w formie zmieniających się świateł” – mówi w wywiadzie dla „Myśli Literackiej pisarz Andrzej Rodys.

Jesteś rodowitym Warszawiakiem. Co to oznacza? Jakie nakłada obowiązki?
- Rzeczywiście urodziłem się w Warszawie. Z metryki to wynika. Ale co to oznacza? Nie wiem! Nikt sobie miejsca urodzenia nie wybiera. Miejsce zamieszkania można wybrać. Myślę, że mieszkać mógłbym wszędzie. W mieście i na wsi. Ciągnęło mnie do gór, myślałem nawet o tym, by być gospodarzem w jakimś górskim schronisku, ale jednak pozostałem w miejscu urodzenia i tego nie żałuję. W miarę upływu czasu zaczynałem coraz bardziej interesować się moim miastem, coraz bardziej je lubić, podziwiać, szanować. A za mój obowiązek uważam – starać się ocalić od zapomnienia Warszawę taką, jaka była. Taką, jaką ja jeszcze pamiętam. A pamiętam ją z wczesnych lat czterdziestych, niewiele różniącą się od tej przedwojennej, może nie klimatem, ale przynajmniej kształtem architektonicznym. Zniszczenia z roku 1939 nie były przecież aż takie jak, w 1944, bo później to już były prawie tylko ruiny, a i styl życia krańcowo się zmienił. A dziś już mało, kto pamięta, jak wyglądało życie w Warszawie zaraz po wojnie, a tym bardziej wcześniej.

Które z poznanych postaci warszawskich najbardziej wryły Ci się w pamięć?
- Rozumiem, że słowo „poznanych” nie musi oznaczać znajomości osobistej, bo takich znajomości z wybitnymi warszawskimi postaciami zawarłem stosunkowo niewiele. Ale wśród takich ludzi, których poznałem z estrady, z lektury – to przede wszystkim Wiech. Wiecha czytałem od roku 1946 i za każdym razem odkrywałem w nim coś nowego. Można powiedzieć, że właśnie z felietonów Wiecha zdobyłem podstawy wiedzy o Warszawie, tej przedwojennej, o jej peryferiach, podwórkach, bazarach, o jej folklorze…

Jakie lektury pisarzy warszawskich utkwiły Ci najbardziej w pamięci? Dlaczego?
- Poza wspomnianym Wiechem, przede wszystkim „Lalka” Prusa jest moją ulubioną powieścią. Tego chyba nie trzeba uzasadniać. Moim zdaniem jest to najbardziej warszawska z warszawskich powieści. Ponadto bardzo utkwił mi w pamięci „Pierwszy krok w chmurach” Marka Hłaski, może dlatego, że wkrótce po rozpoczęciu przeze mnie studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim w roku 1956, a więc zaraz po wydaniu książki, dostałem zadanie zrecenzowania jej w formie referatu na ćwiczenia z literatury polskiej. W związku z tym musiałem nie tylko zapoznać się z samą książką, ale i z różnymi głosami na jej temat. A były one rzeczywiście różne; od zachwytów do potępień. I właśnie w trakcie pracy nad tym referatem, chyba po raz pierwszy, zacząłem sobie uświadamiać potrzebę obiektywnego spojrzenia na każdą rzecz, na każde zjawisko, potrzebę zachowania dystansu do ocenianej rzeczywistości i nie poddawania się uczuciom takim jak euforia z jednej, a zacietrzewiona wrogość z drugiej strony. Ponadto, twórczość Hłaski była mi bliska, bo wywodziła się z Marymontu, a ja wczesne dzieciństwo spędziłem na Żoliborzu, wprawdzie na centralnym Żoliborzu – urzędniczym, ale na drewniany Marymont też się czasami zaglądało.
Wymienię także drugiego Marka – Nowakowskiego. Przede wszystkim dlatego, że byłem z nim w jednej klasie liceum i lektura wszystkiego, co napisał powodowała skojarzenia z tym, co pisał i mówił w szkole, albo też znajdowałem jakieś odniesienia do naszej wspólnej dzielnicy – Włoch. A jakoś najwięcej cenię jego „Powidoki”, może, dlatego, że jest to też próba ocalania od zapomnienia. I wreszcie wymienię Or-Ota, z którego utworów najbardziej utkwiła mi w pamięci nieduża książeczka o charakterze, rzec by można, propagandowym „Abecadło wolnych dzieci”. Dostałem ją we wczesnym dzieciństwie i niemalże na niej uczyłem się czytać. Obszerne jej fragmenty do dzisiaj znam na pamięć. Ona się składa z 24 szesnastowersowych wierszy, z których każdy odpowiada określonej literze alfabetu. Ten, który odpowiada literze W, kończy się słowami: „…Z jej świątyń, z murów zapał bije, / A więc wołajmy wszyscy społem: / Warszawa droga niech nam żyje!”

Czemu należy zawdzięczać, że mówisz jak mało kto gwarą z akcentem warszawskim? Czy to sprawa wychowania?
- Nie wiem czy to jest gwara warszawska, nie wiem czy takowa w ogóle istniała. Inaczej przecież mówiono na Pradze, inaczej na Woli, inaczej na Czerniakowie. Ja posługuję się konstrukcjami składniowymi i fleksją z felietonów Wiecha, a Wiech, jak wiadomo stworzył, swego rodzaju, syntezę z rozmaitych fragmentów, jakie słyszał podczas rozpraw przed warszawskimi sądami grodzkimi, które relacjonował dla, tak zwanej, prasy czerwonej, czyli dla przedwojennych warszawskich tabloidów. Jeżeli chodzi o sposób wymawiania, o fonetykę, to opieram się trochę na tym, co wpadało mi w ucho w dzieciństwie, kiedy słuchało się mowy bardzo wtedy licznych wędrownych handlarzy, blacharzy, ulicznych grajków i śpiewaków, panów dozorców, czyli tak zwanych cieciów, pań przekupek z bazarów, dorożkarzy i jeszcze innych przedstawicieli warszawskiego folkloru. Ta fonetyka jakoś tak została przeze mnie zapamiętana. Sądzę, że, na przykład, Grzesiuk mówił doskonale tak, jak mówiono u niego, na Czerniakowie, ale to wcale nie znaczy, że niektórych jego sformułowań nie powiedziałbym w innej wersji. Profesor Bronisław Wieczorkiewicz, który poważnie zajmował się badaniami tego tematu, stworzył określenie „warszawskiego wiechu”. I chyba tak to właśnie trzeba nazywać. A co do kwestii: „czy to sprawa wychowania?”: no nie, ja się wychowałem w środowisku, tak zwanym inteligenckim, gdzie raczej starano się mówić poprawną polszczyzną, choć też nie zawsze i nie każdemu to idealnie wychodziło.

Kiedy zacząłeś pisać i czy od początku w gwarze warszawskiej?
- Pierwszy wiersz napisałem w wieku lat chyba ośmiu. Nie traktuję jednak tego poważnie. Pierwsze moje próbki poważne datują się z roku 1955, później, w trakcie studiów polonistycznych, nieco pisywałem, ale wtedy jakoś nie udało mi się, jak mówią, przebić. Jeżeli nie liczyć dwóch tekstów, które poszły na żywo w amatorskim kabarecie studenckim i dawno zostały zapomniane, nawet przeze mnie. Później miałem długą, długą przerwę. Studiów polonistycznych nie ukończyłem, ukończyłem inne studia, zostałem ekonomistą-organizatorem. Trzeba było pracować. Robiłem coś zupełnie innego. Debiutowałem na dobre w roku 2005, będąc już na emeryturze. I od tego czasu piszę, choć może niesystematycznie. Piszę normalnym językiem polskim, od czasu do czasu tylko sięgam po jakieś ciekawostki językowe, związane z warszawskim folklorem.

Jakie wiersze warszawskie napisałeś, jakie zbiory poetyckie opublikowałeś?
- Wśród moich wierszy, a w ogóle napisałem ich niecałe trzysta, trzydzieści jeden jest poświęconych tematyce warszawskiej, oprócz tego dwa poematy: „Tetralogia warszawska”, będąca próbą spojrzenia na Warszawę w czterech ujęciach czasowych oraz „Opowieść o wypędzeniu”, opowiadająca o popowstaniowym exodusie mieszkańców Warszawy. Te wszystkie utwory „warszawskie” wydałem w dwóch tomikach; „Syrenie gawędy” i „Syrenie gawędy 2”. Oprócz tego wydałem jeszcze pięć innych zbiorów poezji, ale nie mają one specjalnych odniesień do tematyki warszawskiej. Wydałem także, i to w roku bieżącym, książkę „Karol Hardy i inni. Opowieść warszawska”, ale to już jest proza. Żeby jednak uprzedzić ewentualne pytanie, powiem, że napisana jest normalnym językiem polskim.
By jeszcze wrócić do specyficznego języka wiechowskiego, dodam, że „przetłumaczyłem” na ten język poemat Juliusza Erazma Bolka „Sekrety życia. Kalendarz poetycki” – utwór, który do tej pory doczekał się już wielu przekładów na języki świata i gwary języka polskiego, a wiem, że ambicją autora jest, by tych przekładów było jak najwięcej. Ten przekład do tej pory nie jest opublikowany, ukazał się jedynie w formie arkusza poetyckiego, wydanego dla potrzeb wieczorów autorskich.

Co napisałeś prozą w gwarze warszawskiej i czy to jest jedyny język Twojej wypowiedzi?
- Prozą napisałem jedynie, dla potrzeb estradowych, dwa monologi, zatytułowane „ Z Gieniuchną w kabarecie”. Wykonywane były przeze mnie w kabarecie Wandy Stańczak „Pół-serio”, na scenie kameralnej Ośrodka Kultury „Arsus”, z którym kabaret jest związany od początku istnienia, ale także w lokalu „Stara Praga. Kawiarnia i Antykwariusze”, gdzie kabaret występuje od kilku miesięcy. I tam właśnie, przy ulicy Ząbkowskiej, w bliskim sąsiedztwie słynnego Różyca, wyczułem świetny klimat dla odbioru tego rodzaju utworów. Tamtejsza publiczność, mimo, iż w lwiej części składa się z ludzi, którzy ani Wiecha, ani Walerego Wątróbki, ze względu na wiek, pamiętać nie mogą, doskonale wyczuwa ten styl i bardzo przychylnie nań reaguje.

Co ciekawego dzieje się w gronie dzisiejszych tradycyjnych warszawiaków po śmierci Wiecha, Nowakowskiego, Grzesiuka.
- Myślę, że choć nie widzi się już facetów, wystrojonych w czarne meloniki, czarne sakpalta i jasnobrązowe półbuty do czarnych garniturów, facetów, mówiących, co chwila „panie szanowny!” i „niech ja skonam, niech ja skonam…!” (obowiązkowo dwa razy, jak zauważył Julian Tuwim), to jednak jest jeszcze sporo ludzi zafascynowanych pięknem warszawskich tradycji. Dwa lata temu, podczas pogrzebu Marka Nowakowskiego, Muniek Staszczyk, na co dzień reprezentujący przecież zupełnie inny gatunek muzyki, wykonał nad grobem zmarłego piosenkę „Apaszem Stasiek był, w krąg znały go ulice…”, znaną także i z tego, że śpiewał ją Stanisław Grzesiuk, akompaniując sobie na nieśmiertelnej bandżoli, kupionej (podobno) w obozie Mauthausen-Gusen za czterysta papierosów. Domyślam się, że Marek pewnie musiał tę piosenkę lubić, czemu się wcale nie dziwię, bo ja ją też lubię. Pana Muńka spotkałem zresztą rok później na rocznicowym wieczorze wspomnień o Marku we włochowskiej bibliotece. Było tam też wiele osób, o których wiem, ze warszawskie tradycje nie są im obce.
I pomimo że czas płynie nieubłaganie naprzód, że coraz mniej jest czasu i chęci dla kultywowania wspomnień o tym, co było dawno, to jednak są jeszcze inicjatywy, którym trzeba przyklasnąć. Na przykład utworzenie Muzeum Pragi w budynku jakby przyklejonym do Bazaru Różyckiego (no, bo gdzieżby indziej?). A przede wszystkim duży złoty medal należy się – moim zdaniem – Emilianowi Kamińskiemu, za to, co robi on w Teatrze „Kamienica”, by tradycje warszawskie ludziom uświadamiać i je propagować. Przy Teatrze mamy kawiarnię nazwaną „Nasza Warszawa”, której wnętrza wyposażone są w rozmaite urządzenia i sprzęty z okresu międzywojennego, a nawet możemy usiąść obok dziewczyny-manekina, szyjącej coś na maszynie nieśmiertelnej firmy „Singer”.
Ale to jeszcze nie wszystko: każdego roku, w dniu 1 sierpnia, w Teatrze odbywa się koncert „Godzina W”, w czasie, którego sam dyrektor śpiewa piosenki powstańcze i przedwojenne, akompaniując sobie na gitarze. Za zaszczyt poczytuję sobie, że już trzykrotnie byłem poproszony do wzięcia udziału w tym koncercie. A szczytem wszystkiego jest makieta Warszawy według stanu z sierpnia 1939 roku, wystawiona na stałe w foyer Teatru, na powierzchni bodajże 28 m 2. Może być, że te wszystkie działania nikną gdzieś w powszechnym zalewie komercjalizmu, ale jednak chyba „coś się dzieje”.

Jak wygląda codzienność w życiu rodowitego Warszawiaka, posługującego się piórem?
- Codzienność chyba jest jednakowa dla wszystkich, niezależnie od tego, gdzie się urodzili i od tego, jakimi narzędziami się posługują. Oczywiście jest też uzależniona od stanu majątkowego, bo na pewno inna jest dla bogatszych, inna dla biedniejszych. Ale tak ogólnie nie jest chyba źle. Da się żyć…! Ja, akurat, po różnych przejściach, nauczyłem się godzić z losem i nie narzekać na otaczającą rzeczywistość. Byle by nie było gorzej jak jest! – to jest taki slogan, który towarzyszy mi od czasów jeszcze wojennych.

Jakie sukcesy zanotowałeś w działalności społecznej i twórczej?
- Nie wiem, czy można to nazwać sukcesami, ale dostałem kilka odznaczeń, z których najbardziej cenię sobie „Za Zasługi dla Warszawy”, „Zasłużonego Działacza Ruchu Spółdzielczego”, „Przyjaciela Niewidomych”. Zdobyłem kilka nagród w konkursach literackich. W ostatnich dniach wiele satysfakcji sprawiła mi piękna statuetka, przyznana przez Centrum Kultury Polskiej na Litwie im. Stanisława Moniuszki za – jak napisano w uzasadnieniu – „wnikliwą i ciepłą poezję o Warszawie”. To oznaczałoby, że tę moją poezję tam czytają i, choć do Warszawy mają nie tak blisko, to też się nią interesują. I to jest chyba puenta naszej rozmowy…

Jak widzisz współczesną Warszawę w porównaniu z dawniejszą?
- Tego się chyba nie da powiedzieć w kilku zdaniach. Lubię, co dawne, ale też nie jestem przeciwnikiem tak zwanej nowoczesności. Myślę, że nowoczesność, siłą rzeczy, musi powoli wrastać w rzeczywistość i to zarówno w sferze architektury jak i codziennego życia, obyczajowości. Pewnie, że trudno się pogodzić z obecną na każdym kroku, nachalną reklamą, czasami z przejawami bezmyślności i bezduszności. Można tęsknić do jakichś dawnych zjawisk, których dziś nie ma i już na pewno nie będzie. Nie będzie już wąsatego ciecia z miotłą i w fartuchu, otwierającego za opłatą bramę kamienicy po jedenastej wieczorem. Nie będzie już policjanta stojącego (jak nazwał to Wiech) na balii, na środku skrzyżowania i przy pomocy umownych znaków, robiącego to, co dzisiaj realizuje się w formie zmieniających się świateł. Chociaż zważywszy, ile trzeba dziś czekać na skrzyżowaniach, można zadać pytanie, czy aby to ręczne regulowanie ruchu nie było sprawniejsze od tego zautomatyzowanego. No i takie przykłady można w nieskończoność…

Twoje plany?
- Cóż można planować, mając lat osiemdziesiąt? Będąc w nienajgorszej kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej, chciałbym mieć nadzieję, że jeszcze kilka lat pożyję, a i może się w tym czasie coś jeszcze uda napisać. A więc, jeżeli zdążę, chciałbym napisać drugą (a może i trzecią) książkę z cyklu „Karol Hardy”, może jeszcze trochę wierszy, ale to jest już mniej zależne ode mnie, więcej od weny, która nie zawsze chce przecież przyjść. Zacząłem nawet pisanie kolejnego poematu, którego tytuł już jest – „Warszawskie Kwiaty”. No więc właśnie, znowu o Warszawie…! Nic więcej już nie powiem, żeby nie zapeszać.
Rozmawiał: Antoni Krakowiak

Nota biograficzna:
Andrzej Rodys urodził się w 1936 r. Warszawie. Absolwent SGPiS, ekonomista. Wcześniej studiował polonistykę. Pracował na różnych stanowiskach w przemyśle i w spółdzielczości. Był także działaczem społecznym. Pisze od bardzo dawna, ale jako autor tekstów poetyckich debiutował dopiero w roku 2005, w almanachu Na skrzydłach poezji, stanowiącym pokłosie konkursu Oficyny Wydawniczej TAD-AD z Jastrzębia-Zdroju. Jest współautorem dwunastu almanachów tejże oficyny, a w organizowanym przez nią VI Ogólnopolskim Konkursie poetyckim „Nasz Czas 2005” uzyskał III nagrodę. Jest zdobywcą nagród specjalnych za wiersze o Bielanach w dwóch kolejnych Bielańskich Konkursach Literackich (Warszawa 2007 i 2008). Uzyskał także nagrodę specjalną w kategorii poezji w VIII Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej (Warszawa 2008), a w następnej edycji tegoż konkursu wyróżnienie w kategorii prozy. W r. 2009 był nominowany do Nagrody Literackiej im. Wł. St. Reymonta. Wiersze, eseje i opowiadania publikował w czasopismach tradycyjnych i w portalach internetowych. Nakładem własnym wydał cztery tomiki poetyckie: Recuerdo (2005), Pochwała herbaty (2006), W poczekalni (2008), Syrenie gawędy (2008), Kawiarnia w starym stylu (2010). Szczególne, choć nie jedyne miejsce w jego twórczości zajmuje tematyka warszawska. Występuje publicznie jako lektor i recytator utworów własnych oraz innych autorów. Żonaty, ma dwóch synów i trzech wnuków. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich, Grupy Literackiej „Poetica” w Klubie Twórczości „Żar” oraz Klubu Literackiego „Nasza Twórczość”.

Myśl Literacka, nr 99, wrzesień 2016